Witajcie,
Robiliśmy ostatnio porządek w naszym komputerze i, ku naszemu zdziwieniu, odkryliśmy dawno zrobione a potem zapomniane notatki z testu znanego brytyjskiego specjału - marynowanych jajek.
Postanowiliśmy zatem odświeżyć sobie nieco wspomnień z czasów, gdy wycieraliśmy się po emigracjach, a Wam, drodzy Gastrofani, przedstawić test wyspiarskiej "przekąski" barowej znanej pod nazwą Driver's Pickled Eggs popełnionej przez Driver's Pickle & Vinegar Co. z Leicester
Wygląd opakowania:
Zwykły słój z zakrętką typu twist-off i naklejoną papierową etykietą, nie pozostawia wiele miejsca na zastanawianie się nad zawartością. Całość wygląda niepozornie i oldskulowo, co chyba jest efektem zamierzonym, bo podobno marynowane jaja to tradycyjny element wyspiarskiej szkoły barowych przekąsek.
Buraczkowo-ponura tonacja kolorystyki etykiety udziela się i nam... (w sensie, że ponura, nie że buraczkowa).
Producent informuje, że w słoju pływa 5 jaj. Licząc na skandal, zaprzęgliśmy do pracy całą naszą szczątkową moc obliczeniową. Niestety - po wielokrotnych, dokładnych kalkulacjach i zużyciu wszystkich dostępnych palców u rąk i nóg - musimy przyznać producentowi rację, a naszym dzielnym nauczycielom matematyki podziękować za to, że byli w stanie doprowadzić nasz niepraktyczny, tępy, humanistyczny umysł do stanu, w którym policzenie 5 jaj pływających w przezroczystym słoju nie wymaga używania zaawansowanych maszyn liczących oraz nie zajmuje całego wieczoru...
Skład:
No, naprawdę... Nie spodziewaliśmy się Bóg wie czego, ale ten minimalizm zupełnie zbił nas z tropu.
Jaja na twardo, woda, kwas octowy (dla chemicznych purystów - C2H4O2), nieokreślone bliżej przyprawy - rozumiemy, że jest Wielki Post, ale bez przesady...
Zaciekawiła nas informacja, że 100 gramów produktu to 142 Kcal. Sprawdziliśmy. Tyle samo ma 1 jabłko, 30 gramowy baton Bounty lub 100 gramów parówek z indyka. Czy to dużo, czy mało - tego nie wiemy, bo nie zawracamy sobie głowy pierdołami. Nie musimy dbać o linię, bo przez nas wszystko przelatuje jak kapusta przez starą i niską babę (jak pisał Pratchett). Mimo to, raczej nie zalecamy zastępowania w diecie jabłek marynowanymi jajkami...
UWAGA SKOCZKOWIE NARCIARSCY! Jedno marynowane jajo + dwa łyki wody spod ogórków wyczerpią Wasz dzienny deputat 200 kalorii!
No, naprawdę... Nie spodziewaliśmy się Bóg wie czego, ale ten minimalizm zupełnie zbił nas z tropu.
Jaja na twardo, woda, kwas octowy (dla chemicznych purystów - C2H4O2), nieokreślone bliżej przyprawy - rozumiemy, że jest Wielki Post, ale bez przesady...
Zaciekawiła nas informacja, że 100 gramów produktu to 142 Kcal. Sprawdziliśmy. Tyle samo ma 1 jabłko, 30 gramowy baton Bounty lub 100 gramów parówek z indyka. Czy to dużo, czy mało - tego nie wiemy, bo nie zawracamy sobie głowy pierdołami. Nie musimy dbać o linię, bo przez nas wszystko przelatuje jak kapusta przez starą i niską babę (jak pisał Pratchett). Mimo to, raczej nie zalecamy zastępowania w diecie jabłek marynowanymi jajkami...
UWAGA SKOCZKOWIE NARCIARSCY! Jedno marynowane jajo + dwa łyki wody spod ogórków wyczerpią Wasz dzienny deputat 200 kalorii!
Zwróćcie uwagę na dół etykiety, na informację dla alergików. "Zawiera jajo". Bawi Was to? Nas też, choć w sumie nie powinno, bo w dobie parówek sojowych, pewne rzeczy przestają być oczywiste...
Za to już bezkarnie można drzeć łacha z tekstu poniżej ostrzeżenia dla alergików - można by pomyśleć, że firma, która produkuje marynowane jaja, wkłada je do przezroczystego opakowania i jeszcze nakleja na nie etykietę krzyczącą "Marynowane jaja!" powinna mieć większą wiarę w swoich klientów, a nie podejrzewać ich, że skoro na etykiecie narysowane są warzywa, to wbrew oczywistym przesłankom, sięgną po niego w nadziei, że kupują surówkę wiosenną lub składniki na zupę jarzynową.
Za to już bezkarnie można drzeć łacha z tekstu poniżej ostrzeżenia dla alergików - można by pomyśleć, że firma, która produkuje marynowane jaja, wkłada je do przezroczystego opakowania i jeszcze nakleja na nie etykietę krzyczącą "Marynowane jaja!" powinna mieć większą wiarę w swoich klientów, a nie podejrzewać ich, że skoro na etykiecie narysowane są warzywa, to wbrew oczywistym przesłankom, sięgną po niego w nadziei, że kupują surówkę wiosenną lub składniki na zupę jarzynową.
A może właśnie Driver's Pickle & Vinegar Co. tak dobrze zna swoich klientów?
Zgroza bierze na samą myśl...
Bliższa inspekcja produktu okazuje się być bardzo pouczająca. Od razu na myśl przychodzą nam lekcje biologii w podstawówce i wypełnione formaliną słoje w których pływały cuda typu "oko wołu" lub "etapy rozwoju żaby", gdzie oderwane od tekturki kijanki zataczały smętne koła w zmętniałej warstwie preparatu ścielącej się po dnie. Mmmm...
Uwielbiamy muzea historii naturalnej, a Driver's Pickled Eggs to taki muzealny preparat w wersji take-away. Wystarczy zerwać etykietę, postawić w kuchni przy cukrze i napawać się widokiem twarzy zaproszonych gości...
Otwieramy opakowanie:
Czuć ocet i nic poza tym.
Jajka lśnią w świetle, jak kule z porcelany lub kości słoniowej. Żeby jeszcze dało się nimi zagrać w bilard...
Musimy się odsunąć, bo ocet coraz mocniej atakuje nasze powonienie...
Budda zwalcza zapach octu
Konsumpcja:
Czy zastanawialiście się kiedyś jak smakowałby zestalony ocet? Radujcie się, bowiem jedna z zagadek Waszego życia ulegnie właśnie rozwiązaniu!
Zestalony ocet smakuje jak marynowane jaja.
Wiemy, że to trochę okrężna logika, ale lepiej nie jesteśmy w stanie tego ująć.
Smak jest ostry i drapiący w gardło, ale śliska powierzchnia jajek sprawia że przemieszcza się on szybko w dół, rozlewając uczucie pieczenia na całą górną część układu pokarmowego.
Same jajka piszczą pod zębami jak galaretka z nóżek i ślizgają się po talerzu tak, że trudno je trafić widelcem. Byłaby to nawet fajna zabawa gdybyśmy mieli 5 lat lub bylibyśmy tresowanym szympansem, ale po kolejnym schyleniu się, żeby podnieść jajko-uciekiniera z podłogi, zaczynamy odczuwać rosnącą niechęć do marynowanych, niezapłodnionych kurzych komórek jajowych.
I chyba z wzajemnością, bo przełyk pali nas coraz mocniej...
Witaj zgago!
Wnioski:
O brytyjskiej kuchni (a także o pogodzie i urodzie miejscowych kobiet) napisano już tyle, że aż głupio nam kopać leżącego, ale nie wypada nam nie zawrzeć żadnej konkluzji.
Wikipedia informuje, że marynowane jaja to tradycyjna przekąska sprzedawana Fish & Chips shopach oraz, jako zakąska do piwa w barach. Zaraz, zaraz - zakąska do piwa? Miejscowe piwa faktycznie nie należą do elity, ale żeby je od razu zagryzać jajkami o smaku octu?
Dziwi nas, że to nie my, Polacy, naród żłopiący zaśmierdłe mleko, wcinający ze smakiem zepsutą kapustę i do tego chlejący wódę, wpadliśmy na ten pomysł, bo ewidentnie trzeba mieć mocno zamroczony umysł żeby tego dokonać...
Być może, gdzieś tam, za górami, za lasami jest kraina w której marynowane jajka nie smakują jak zwykły ocet, ale w tej konkretnej bajce w roli głównej występują Driver's Pickled Eggs, które są jak niedobre przyrodnie siostry marynowanego jajecznego Kopciuszka upchanego gdzieś na zakurzonym końcu półki w brytyjskim supermarkecie.


30 comments:
Mocna rzecz! Mam na oku podobnie wyglądające obiekty pływające w wielkim słoju, choć rzecz z zupełnie innego kierunku na kompasie.
I jak tu się dziwić Brytolom, że podbili cały świat - każdy by uciekał z kraju gdzie serwują takie rzeczy :)
Marynowane jaja to jeszcze nic - w Szkocji będąc natknąłem się w wielu miejscach na smażony w głębokim oleju baton Mars w panierce (!). Niestety za każdym razem brakowało mi czasu, żeby skosztować tego cuda.
Przynajmniej daje mi to motywację, żeby jeszcze raz odwiedzić ten wesoły kraj...:)
Wbrew obiegowej opinii kuchnia brytyjska wcale nie jest taka zła, jest z nią podobnie jak z kuchnią polską. Na co dzień tuzy kuchni Słowian: kebab i pizza, ale przecie jeśli zajrzeć do annałów, dworów albo nawet do chłopskiej chaty, to co chwila trafia się na coś przyjemnego :)
Marynowane jaja nie brzmią zbyt ponętnie, ale marynowane parówki także na pierwszy rzut ucha nie zachęcają do wgryzienia się w ich miąższ. Tymczasem Czesi jadają takie parówki namiętnie, nazywają je Utopence. Przegryzałem je do czeskiego piwa w czeskich gospodach - super :)
Może zatem te marynowane jaja też nieźle wychodzą z ichnim bitterem albo stoutem? Trzeba by sprawdzić, kuchnia bezustannie zaskakuje, więc kto wie...
Witam kolejnego kolegę z branży;)
Utopence znam i cenię:)
Co do jaj to prawdopodobym jest, że jak się je popchnie lokalnym piwem, to mogą być niezłe, ale obawiam się, że tym konkretnym, omawianym tu jajom, pomóc by mogło jedynie popchnięcie Domestosem...
Ponoć w brytyjskich stołówkach dają kanapki z jajecznicą na zimno, zresztą nic mnie już nie zdziwi, odkąd usłyszałam o kanapkach z frytkami tudzież chipsami... Ble, nawet klopsiki w occie jakoś nigdy mnie nie przekonywały, a co dopiero jaja.
rządam częstszych testów :)!
bez jaj... :) hehe
ja również żądam!!
utopence super?
proponuje mniej trawy cpac.
po tym sie belta jak po brytolskich wynalazkach.
a polska kuchnia? obzygany schabowy + kartofle + burole? to ma byc super 'jadlo' ? LOL!
Powitajmy konesera pizzy z mikrofali i kebaba z frytkami i rozmokłą kapuchą za 12,50!:)
te marsy smażone są w cieście naleśnikowym i podawane z keczupem, pychotka ;P
żądni przygód garmażeryjni kaskaderzy piszcie częściej, blog jest świetny, dowcipny i wciągający
może sama sobie zamarynuję parę jajek:D
pzdr MM
kurna gastrofaza nie obijać się do cholery. chyba wam te jaja nie zaszkodziły?
hahaha, aż się normalnie nienormalnie jeść zachciewa, jaj pychotka, lecę do sklepu kupić sobie słoik może gratis dorzucą marynowaną czekoladę
Gastrofazie by się chyba kolejny konkurs na bloga przydał bo widzę zero motywacji do kolejnych testów
Czad...
No i blog się chyba poszedł pierdolić...
Mistrzowski pomysł na blog. Macie u mnie wielki wielki WIELKI plus. Nie wiem skąd bierzecie pomysły (i pewnie się nie dowiem), ale mam nadzieję, że blog pociągnie jeszcze długo długo.
Normalnie zostaję gastrofanką!
Pisaliście już o chipsach z Biedronki?
Kolego Grzegorzu, normalnie zlituj się... Błagać nie będę, ale baaardzo proszę - chcemy nowych testów!!
Hej kolego, rusz tylek i do piora :)
odbija mi się już tymi jajami... wciąż zaglądam i żadnego nowego żarła bądź napitku... powiało głodem...
czemuż nie ma nowych testów? tęsknimy!
Grzesiek ty leniu. Weź się chłopie w końcu do roboty bo nudno bez nowych postów!
Uśmiałam się (w pozytywnym sensie) czytając tę notkę i powiem jedno... to cudownie, że nie jestem Angielką, bo pewnie spróbowałabym tego czegoś.
W moje urodziny obchodziliśmy rocznicę ostatniego posta na blogu. Może by tak coś nowego, choć raz? :D
Ostatni wpis rok temu :(
Gratuluję odwagi. W życiu bym się na takie coś nie zapisał.
A poza tym to ciekawy blog. Jego też gratuluję.
chłopaki, wrzućcie coś nowego, bo już jajka w occie znam prawie na pamięć ;)
Grzesiek, czy Ty w ogóle żyjesz? Bo widzę że na drugim blogu też skończyło się na lecie 2010...
Nisamowite... jajka w słoiku @_@ Nie wiem, czy byłabym w stanie to zjeść...
Zapraszam do siebie :)
Hahahhaa :D Opis świetny, a znalazłam bo szukałam przepisu.... na marynowane jaja, hihi! No cóż: mnie w małym fast-fuj!-dzie na prowincji podlondyńskiej jaja bardzo smakowały, ale tamte były domowej roboty, z przyprawami i octem jabłkowym, gorczycą, czosnkiem itd. Pycha była! U nas przecież też można kupić dżemy o smaku przemrożonych kartofli :D Najwyraźniej firma niezbyt ciekawa: może jednak niektóre książki można sadzić po okładkach? :D A co do eksperymentów kulinarnych: malgaskie suszone robale chrupią ładnie w zebach i smakuja jak orzeszki. Polecam :D
GRZESIEK WRÓÓÓÓÓÓĆ!
Prześlij komentarz