2010-02-16

Blog Roku - catering

Lieber Gastrofanen!
Zgodnie z obietnicą, w dzisiejszej notce opiszemy Wam pokrótce frykasy, jakimi uraczono nas w Warszawie na Gali Bloga Roku. Natomiast tutaj, znajdziecie kilka ogólnych uwag o samej Gali.
Z góry przepraszamy za małą ilość i podłą jakość dokumentacji fotograficznej, ale warunki (kiepskie światło i brak statywu) uniemożliwiły nam zrobienie satysfakcjonujących ujęć.

Do ad remu.
Jak już się chwaliliśmy, Gastrofaza została zaproszona do udziału w Finale konkursu na Blog Roku, co wiązało się z przyjazdem do stolicy Mazowsza. 
Była to dla nas rzadka okazja żeby narobić obory na salonach (tego nigdy za wiele) a także, żeby odważnie przekroczyć granicę, jaka oddziela gastronomię, którą zajmujemy się z reguły, od frykasów jakimi napychają się możni i piękni tego kraju (a przynajmniej możniejsi i piękniejsi od nas).

Bankiet po Gali obfitował w następujące atrakcje: darmowa puszka Red Bulla na ryj (wydawana przez dwie zmęczone Panie z przyklejonymi do twarzy półprofesjonalnymi uśmiechami), szampan i wino (które szybko się skończyły - naszej dziewczynie udało się upolować jedynie dwie lampki szampana i jedną lampkę wina, zanim oznajmiono jej, że jeśli chce się dalej alkoholizować, to następną dawkę C2H5OH może sobie dostarczyć wchodząc najpierw w jej posiadanie drogą kupna. My mieliśmy lepiej, bo nie pijemy alkoholu, a woda była niereglamentowana), oraz koreczki, kanapeczki i gwóźdź programu - podgrzewacze z chabaniną. 

Kanapki:
Kanapki wyglądały jak na zdjęciu powyżej. Kawałki bagietki z mlaśniętym centralnie serkiem wiejskim / pastą rybną (w zależności od wersji), upstrzono sałatą, paskami papryki i innymi warzywnymi atrakcjami. Całość prezentowała się poprawnie, choć z butów na jej widok nie wyskoczyliśmy. Ot - zwykłe kanapki, nie różniące się niczym od tych, które moglibyśmy sobie zrobić sami, gdyby tylko zechciało nam się poświęcić więcej niż 1,5 minuty na przygotowanie posiłku.
Podobnie ze smakiem, o którym można powiedzieć, że był politycznie poprawny - nie zaskakiwał niczym, ani pozytywnie, ani negatywnie. Był sobie gdzieś tam po prostu.
Dużym plusem rzeczonych kanapek (i koreczków też), był natomiast fakt, że dostępne one były z dostawą pod sam pysk - po sali krążyły kelnerki, które co chwilę podtykały nam tacę, więc nie musieliśmy nawet wstawać. Przez te kilkadziesiąt minut naszego życia, czuliśmy się jak jakaś maharadża albo inna Królewna Śnieżka... 
Ach...

 

Podgrzewacze z chabaniną:
Jedno z pomieszczeń okupował stół zastawiony baterią podgrzewaczy wypełnionych rożnego rodzaju produktami mięsnymi. Wokół podgrzewaczy kłębił się tłum, a w tłumie my - balansujący talerzem, pokrywkami od podgrzewaczy i sztućcami w rytm popchnięć, dźgnięć łokciami i chuchania w kark, jakie zwykle towarzyszą Polakom owładniętym szałem żerowania (szczególnie, gdy żarcie jest darmowe i jest go niewiele).
Planeta Małp.
O dziwo, poradziliśmy sobie nie najgorzej i już po chwili, trzymając nad głową wypełniony talerz i wołając wokół "Uwaga! Przepraszam! Kurwa! Uwaga!", przedarliśmy się przez tłum i dotarliśmy do stolika, roniąc po drodze jedynie trochę sosu (pana w szarym garniturze serdecznie przepraszamy). 
Z uwagi na wielką popularność, jaką cieszył się stół z ciepłym żarciem, przepełnieni obawą że może dla nas nie starczyć - nawaliliśmy sobie na jeden talerz większość dostępnych specjałów.
Oto co udało nam się upolować: (od góry, zgodnie z ruchem wskazówek zegara): niezidentyfikowane mięso 1 (przypuszczalnie jakaś część krowy), nieokreślona ryba, gulasz, niezidentyfikowane mięso 2 (przyozdobione kawałkiem papryki).
Mięso 1: było lekko twarde, czym sprawiło nam trudność, bo nie dopchaliśmy się do noży, więc zmuszeni byliśmy pożreć całe na jeden kęs. Nienajgorsze w smaku, w wyglądzie też niczego sobie, choć małe.
Ryba: biała ryba, smakująca dokładnie tak, jak biała ryba smakować powinna. Czyli rybą. Danie zawierało bonus w postaci ości (sztuk: jedna).
Gulasz: jak gulasz. Bez rewelacji. Z wyglądu przypominał nam nieco danie, które testowaliśmy kilka lat temu. Na szczęście tylko nieco. 
Mięso 2: wariacja na temat kotleta. Również nie rzuciła nami o podłogę.
Podsumowując - sprawa z ciepłym bufetem miała się podobnie jak sprawa z kanapkami. Nie było się do czego przyczepić, ale nie było też nad czym cmokać.

Wnioski:
Mamy pełną świadomość, że dane nam było jedynie liznąć wierzchołek góry lodowej, jakim jest żarcie dla tzw. VIPów i trudno na tej podstawie wyciągać jakieś kategoryczne wnioski, jednak my i tak pokusimy się o nie, wsparci doświadczeniami z tych kilku wcześniejszych bankietów i rautów w jakich dane nam było partycypować.
Współczesnemu cateringowi imprezowemu przyświeca jeden cel - ma on smakować każdemu, a jako że takie uśrednienia z reguły równają w dół, żarcie na tego typu imprezach raczej nie jest w stanie wywołać łez rozkoszy ani paroksyzmów kulinarnego orgazmu. 
Dania te przypominają kibica przy brydżu - są ciche i bezwonne. Nie wzbudzają emocji, poza wszechogarniającą nudą (jeśli nudę w ogóle można zaliczyć do emocji). Słowem - jeśli ktoś, tak jak my, jest uzależniony od gastro-adrenaliny, nie ma czego szukać w podgrzewaczach i na tacach na tego typu spędach. 10 minut po zjedzeniu zaserwowanych nam potraw zapomnieliśmy, że w ogóle coś jedliśmy. 
15 minut później, z uwagi na brak wrażeń i darmowego alkoholu, opuściliśmy pomieszczenie pracownicze i w poczuciu niespełnienia udaliśmy się do bazy, gdzie czekały na nas chipsy z Lidla...





2010-02-12

Gastrofaza na tarczy

Szalom,
Niniejszym informujemy, że na wczorajszej Gali finałowej konkursu na Blog Roku, Gastrofaza pomyślnie zrealizowała opcję 3 (patrz poprzedni wpis) zakładającą niezdobycie żadnych wyróżnień i honorów.

Tak, też uważamy, że to skandal, spisek i że, ogólnie biorąc, świat schodzi na psy...

Zrobiliśmy za to kilka zdjęć frykasów serwowanych w czasie bankietu po Gali.
Opis naszych kulinarnych/stolicznych perygrynacji przedstawimy, jak już wrócimy do domu - czyli najprawdopodobniej po weekendzie.

Dziękujemy, tym którzy trzymali kciuki za Gastrofazę, i tym, dzięki których głosom Gastrofaza miała szansę dostać się do finału, pojechać na koszt Onetu do Warszawy i wysłuchać serwowanego w trakcie Gali koncertu super-grupy z Rzeszowa - zespołu muzyczno-rozrywkowego Pectus:).
O szczęśliwy dniu!

:)

Grzesiek

2010-02-01

Gastrofaza w finale!

Aloha!
Miło nam poinformować, że Gastrofaza dostała się do finałowej trójki w swojej kategorii w konkursie na Blog Roku!

Opcje są trzy:
Opcja 1: Gastrofaza wygrywa swoją kategorię i dostaje laptopa. Bezprzewodowa pornografio - nadchodzimy!
Opcja 2: Gastrofaza zgarnia pulę i do powyższego wyróżnienia dokłada nagrodę główną lub któreś z wyróżnień (kupon na wycieczkę) i jedzie w świat w poszukiwaniu kolejnych świństw do testów.
Opcja 3: Gastrofaza nic nie wygrywa, wraca do domu, wyciera nos w rękaw i udaje, że nic się nie stało, szczęśliwa, że dzięki udziałowi w konkursie udało jej się przynajmniej zmobilizować się do częstszych testów...

Czy wygramy cokolwiek - okaże się 11 lutego na Wielkiej Gali Finałowej (czy jak ją zwał) w Warszawie. 
Tak.  
Gastrofaza pojedzie w delegację do stolicy, gdzie będzie się wycierać po salonach i, z mieszaniną ciekawości, podejrzliwości i strachu, testować catering. 

Zatem to jeszcze nie koniec trzymania kciuków!
P.S. Krytykom powyższej decyzji (bo są i tacy - o, zgrozo!) mówimy: zawiść jest okrutną kochanką...




2010-01-28

Ciężka dola wegetarian - Parówki Sojowe

Ciao Gastrofani!
Jak do tej pory, testy na Gastrofazie obejmowały głównie, z małym wyjątkiem na zupę z rzepy, potrawy mniej lub bardziej (częściej mniej) mięsne, boimy się więc, że czytający nas wegetarianie utrwalą w sobie błędne przekonanie o estetycznej wyższości swojej diety nad dietą podłych i nieczułych mięsożerców.
Nic dalszego od prawdy kochani! Wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Z nawozem...

Aby Was o tym przekonać - zapraszamy do lektury testu Parówek Sojowych marki Orico, popełnionych przez znany i kochany POLGRUNT.


Wygląd opakowania:
Puszka z wygodnym otwarciem, oklejona kolorową etykietą przedstawiającą dwie parówki, wylegujące się wśród sałaty jak para emerytów na działce. Sielanka.
Ale zarówno nam, jak i Wam, drodzy czytelnicy, doświadczenie Gastronauty podpowiada, że to właśnie w takich wypadkach należy zachować szczególną, rewolucyjną czujność...



Oprócz sugerowanego sposobu podania, etykieta zawiera również tabelę wartości odżywczych i energetycznych oraz sposób podania produktu. Jako, że mamy tu kilka możliwości, przetestujemy parówki sojowe na surowo i po zagotowaniu w zalewie. Damy im szansę się wykazać.


Skład:
Czego tu nie ma! Woda, olej, skrobia, przyprawy, jaja, cuda na kiju. Są tu nawet dodatki z grupy E (ale te nieszkodliwe) oraz aromat dymu wędzarniczego.

Widać, że producent nie oszczędzał na niczym i do kadzi, z gestem, wsypał wszystko, co miał w zasięgu wzroku. A co? Niech znają pana.
W sumie jedyne na co zwróciliśmy baczniejszą uwagę, to ten aromat dymu. Bo niby jak się go dodaje? Wędzi się konserwę? Zawsze mieliśmy problem z wizualizacją tego procesu, tym bardziej, że okazuje się, ze ten dym ma formę cieczy(!). I tu nasze pytanie: czy parówki są w niej kąpane, czy też ktoś na nie prycha tym skroplonym dymem jak baba w maglu na prześcieradło? A jeśli to drugie - to jak smakuje ten dym? Im dalej w las, tym drzewa większe...



Otwieramy puszkę: 
Spodziewaliśmy się feerii zapachów i kształtów, słowem - sensorycznego szoku, jaki zwykle towarzyszy otwieraniu opakowań na potrzeby Gastrofazy. Pragnęliśmy akcji! 
A dostaliśmy siedem parówek, w folijkach, spoczywających grzecznie wśród zalewy i ani myślących wyglądać obrzydliwie. Parówki Sojowe nie mają zamiaru również pachnąć - w żaden sposób. Nawet nurzając nos w zawartości puszki, nie jesteśmy w stanie wyczuć jakiegokolwiek aromatu. Nasz zmysł węchu, pozbawiony bodźców, zapadł w stan hibernacji... 
Czy to dobrze, czy źle? To się pewnie dopiero okaże.



Po wyjęciu z puszki Parówki Sojowe prezentują się skromnie i wydają się nie stwarzać zagrożenia. W dotyku są miękkie - o wiele bardziej miękkie niż klasyczne, mięsne parówy.



Konsumpcja:
Zgodnie z obietnicą daną kilka akapitów wyżej, Parówki Sojowe skonsumowaliśmy na surowo, oraz po podgrzaniu w zalewie.
Wrażenia możemy podsumować krótko -  gdy jest zawinięty w folię, przedmiot naszego testu wygląda jak prawdziwa parówka. I, bardzo nam przykro, ale na tym podobieństwa się kończą. 

Konsumpcja na surowo:
Trudno ten smak porównać z czymkolwiek, ale skoro już musimy, to zapewne byłby to kit do okien lub żarcie dla psów. Konsystencja w każdym razie jest podobna. Kruche kawałki rozpadają się pod lekkim dotykiem, jakby były zrobione z mokrego piasku. Ogólne wrażenia - nieciekawe, potęgowane dodatkowo przez kolor, który nijak nie przypomina parówek. Bardziej coś, w co można wdepnąć na trawniku, na którym często bawią się psy karmione kitem właśnie...



Konsumpcja po podgrzaniu: 
Po podgrzaniu w zalewie (według wskazówek producenta), Parówki Sojowe nabierają smaku zbliżonego do Vegety. Pod warunkiem, że Vegeta byłaby robiona z plastiku... 
Żyć się odechciewa. 
Spróbowaliśmy również dodać ketchupu oraz musztardy (również zgodnie z zaleceniem producenta) i od razu ujawniła nam się moc tych dwóch wspaniałych przypraw: po dodaniu dużej ilości ketchupu - Parówki Sojowe smakowały prawie jak ketchup; po dodaniu sporej ilości musztardy - prawie jak musztarda.
No, ale tu chyba nie do końca o to chodzi - równie dobrze moglibyśmy zjeść watolinę z naszej kurtki i zagryźć ją sarepską...
W każdym razie faktem pozostaje, że daliśmy się pokonać Parówkom Sojowym Orico (choć trzeba mieć duży tupet, żeby nazwać to "parówkami"). Wmęczyliśmy w siebie trzy, a resztę wysłaliśmy na zasłużony urlop nad morzem - via nasz kibel...
Nie zdarza się to często.
I to o czymś świadczy...


 
Żeby nie było niedomówień - to jest zdjęcie błota
Wnioski:
Musimy przyznać, że nabraliśmy szacunku do naszych braci wegetarian. Są twardzi. I kreatywni. Jedzenie Parówek Sojowych przypomina bowiem jedzenie babek z błota. Pamiętamy jak dziś - babki z błota przybierały takie smaki, jakie tylko zapragnęliśmy. Były chlebem, kotletem mielonym, homarem - tylko wyobraźnia była barierą. Podobnie jest z Parówkami Sojowymi - jedynie od inwencji konsumenta zależy to, czym się staną. Przy dużej dozie autosugestii mogą nawet przestać smakować jak tani materiał budowlany...


Polemizowalibyśmy

Analizując rynek potraw dla wegetarian musimy przyznać, że umyka nam idea stojąca za sporą częścią zajmujących go produktów. Oto bowiem, produkty, których istotą jest to, że nie zawierają mięsa, noszą nazwy "parówek", "flaków", "schabowych", a nawet (sic!) "smalcu". Jest to tym dziwniejsze, że nawet nie smakują podobnie.



Czy jest to podświadoma próba, jaką wegetarianie podejmują w celu utrzymania jakichś szczątkowych więzi ze swoim mięsożernym dziedzictwem kulturowym? A może jest to forma oddania hołdu mięsu, które, przy całym bagażu okrucieństwa, jaki ze sobą niesie, jest po prostu smaczne? (Choć w świetle poprzednich testów zamieszczonych na Gastrofazie, teoria o dobrym smaku produktów mięsnych może nie wydawać się taka oczywista).
Serio, po co te maskarady?
To nie jest schizofrenia, tu wybór jest prosty - albo się je mięso, albo nie.  I tyle.
Po co nazywać "parówką" ("smalcem", "wątróbką" itd.) coś, co z prawdziwą parówką łączy jedynie kształt? Z sentymentu?
Czy nie lepiej darować sobie iluzje, nazwać rzeczy po imieniu i określić Parówki Sojowe (i im podobne produkty) tym, czym naprawdę są? Przetworzonymi produktami sojowymi z dodatkiem przypraw, które mogą stać się jakąkolwiek potrawą zechcesz (pod warunkiem, że zamkniesz oczy i mocno się skupisz).



Jako, że znamy się nieco na rzeczy, możemy postawić światłą (dla niektórych może nawet obrazoburczą) tezę, że nawet te najohydniejsze klasyczne parówki, te o których się mówi, że składają się ze zmielonych wymion, ogonów i wody, smakują lepiej niż testowane dziś Parówki Sojowe.
Jedynym, choć sporym pocieszeniem (tak, my tu w Gastrofazie także mamy serca) wydaje się być fakt, że przy ich tworzeniu nie zostały skrzywdzone, przynajmniej w sposób bezpośredni, żadne zwierzęta.
Z drugiej strony jednak, konsumentom Parówek Sojowych umknęła zapewne subtelna różnica pomiędzy nieprzysparzaniem cierpienia zwierzętom, a cierpieniem za nie..

2010-01-21

Blog Roku - aktualizacja

Drodzy Gastronauci,
Dzięki Waszym głosom, Gastrofaza z sukcesem zakończyła II etap konkursu na Blog Roku! Serdecznie dziękujemy.

Zdobyliśmy 95 głosów i zajęliśmy 6 miejsce (egzekwo ze Stardogiem), więc plan na II etap, zakładający utrzymanie się w pierwszej dziesiątce i uzyskanie nominacji do etapu III, został wykonany.
Przed nami etap kolejny - wybór trzech najlepszych blogów w naszej kategorii. Tutaj już wszystko zależy od jury (do którego machamy).

Wam pozostaje trzymać kciuki i mieć nadzieję, że Gastrofaza znajdzie uznanie w oczach ekspertki.
My też nie możemy już zrobić nic więcej, bo propozycje korupcyjne raczej nie wchodzą w rachubę (nie dlatego, że jakoś specjalnie brzydzimy się przekupstwem, ale dlatego, że jedyne co moglibyśmy zaproponować, to dostawa kontyngentu mielonki, a Pani Joanna Kołaczkowska na fankę mięsa z kurcząt oddzielonego mechanicznie oraz skórek wieprzowych raczej nie wygląda. Choć może się mylimy...).
Tak czy inaczej - ręce mamy związane.

Dla tych z Was, którzy czują w sobie silną potrzebę rywalizacji, pozostaje jeszcze głosowanie na Gastrofazę w konkursie na Bloga Blogerów (jedna z "dyscyplin" w konkursie na Bloga Roku), ale zmuszać nie będziemy, bo plan główny został wykonany. Jeśli jednak ktoś by chciał - zasady są takie jak do tej pory: SMS o treści I00230 (duże "I", zero, zero, dwa, trzy, zero) wysłany na numer 7144. Koszt SMS to 1 PLN plus VAT (1,22 PLN); z jednej komórki na danego bloga można zagłosować tylko raz.

Jeszcze raz dziękujemy i prosimy o trzymanie kciuków!

P.S. Strasznie dużo nawiasów w tej notce...

2010-01-14

Gastrofaza powraca (do morza) - Wątróbki Dorszowe

Czołem,
Kilka słów wstępu zanim ruszymy z kolejnym odcinkiem kulinarnego thrillera, jakim jest Gastrofaza.

Jakiś czas temu, zwróciliśmy się do Was, drodzy czytelnicy, z prośbą o nadsyłanie propozycji i sugestii dotyczących kolejnych testów. Za wszelkie maile i komentarze serdecznie dziękujemy. Jednak część z Was, postanowiła pójść o krok dalej i oszczędzić nam latania po sklepach, przesyłając różne różności, które, z braku lepszego słowa, roboczo nazwaliśmy "smakołykami".
Jedną z tych osób była Julia z Warszawy, która dostarczyła nam obiekt dzisiejszej gastro-autopsji.
Chwała jej za to! Dziękujemy!

To tyle, jeśli chodzi o kurtuazję - pora przejść do sedna, którym są dzisiaj Wątróbki Dorszowe wyprodukowane przez Zakład Przetwórstwa Ryb Lech z Łeby.


Wygląd opakowania:
Pucha jak pucha. Ta konkretna nie wyróżnia się praktycznie niczym spośród blaszanego peletonu konserw, który stanowi stałe, choć podlegające recyklingowi, tło naszego życia. Jedynym elementem, który może skupić na sobie naszą uwagę jest ruchoma, wymienna, tekturowa etykieta wsunięta pod metalowe ucho do otwierania.


Z tego typu rozwiązaniem spotykamy się po raz pierwszy i, trzeba przyznać, że dziwi nas to, bo możliwości, jakie takie podejście stawia przed dociekliwym i pełnym wyobraźni umysłem są niezliczone. Wystarczy jednym, łatwym ruchem usunąć etykietę i już można się bawić np. w kulinarną zgaduj-zgadulę - w sam raz na długie zimowe wieczory, gdy odetną Internet i telewizor (olaboga!), a z książek mamy do dyspozycji jedynie, wciśnięte pomiędzy kryształy na półce w kredensie: Katechizm Kościoła Katolickiego, starą, jednotomową encyklopedię PWN i drugi tom "Krzyżaków".
Sama etykieta, jak wiele z jej omawianych już poprzedniczek, nie wyróżnia się niczym szczególnym pod względem graficznym. Spotykamy tu te same, dobrze znane elementy: sugerowany sposób podania, gramatura, producent... Gdyby nie jej przenośność (może ktoś się pokusi o zrobienie takiego plugina do I-phone'a? 'I-Cod Liver 2.0'. Jeszcze chyba tylko tego nie ma.) zupełnie nie byłoby o czym pisać. A tak, można napisać, że jest przenośna. I wierszówka leci... (Nie żeby nam ktoś płacił, ale gdyby płacił, to by leciała).


Skład:
Wątroby z dorsza, przyprawy. Lakonicznie. "Nie interesuj się bo kociej mordy dostaniesz..." - jak mawia Lech z Łeby.
Lepiej nie drażnić Lecha z Łeby.



Otwieramy puszkę:
Chlup! Jak się szybko (lecz jednocześnie zbyt późno) zorientowaliśmy, Wątróbki Dorszowe zalane zostały pod korek. W związku z powyższym, fazę organoleptyczną naszego testu musimy zacząć od przeproszenia się ze szmatą do podłogi, ścierką do stołu i świeżą parą spodni...
OK.
Może to jest nasze zboczenie zawodowe, ale wyczuwamy coś jakby lekki zapach mielonki, przemieszany z zapachem ryb i tranu. Na szczęście wyrobiliśmy w sobie umiejętność selektywnego wąchania (musicie nam wierzyć - w tym biznesie to podstawa), więc zapach mielonki szybko przestał być odczuwalny.

Co się zaś tyczy wrażeń wizualnych, to bywało już gorzej. (Choć bywało i lepiej... Zawsze może być lepiej...)
Puszkę wypełniają cielistego koloru, nieregularne bryły, sprawiające nieprzyjemne wrażenie surowych. Już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z podrobami.

Konsumpcja:
Jest tłusto.
I to wcale nie w znaczeniu "Naklejka PIONEER na tylnej szybie, hery na żel i tatuaż z tygrysem! Tłusto!" Bardziej dlatego, że upiliśmy najpierw nieco oleju, którym zalane były rzeczone rybie flaki, a także dlatego, że wątroba dorsza sama w sobie jest tłusta jak.., jak.., jak coś bardzo tłustego. Czy pisaliśmy już, że jest tłusto? Bo jest...
Co do smaku i pozostałych wrażeń osiągalnych za pomocą paszczy, to chyba najłatwiej będzie nam przedstawić je w następujący sposób: weźcie nieco ryby w oleju, po czym dokładnie przeżuwszy, wyplujcie z powrotem na talerz. Operację powtarzajcie aż do uzyskania dokładnie rozdrobnionej, lecz jednocześnie zbitej w większe bryły, wilgotnej materii rybnej o konsystencji pasty. Połóżcie w głębszym naczyniu i zalejcie olejem (najlepszy będzie jadalny, ale silnikowy również się nada - ważne żeby był świeży). Porcje, uformowane w bezkształtne kawałki, konsumujcie rozsmarowując najpierw dokładnie na podniebieniu za pomocą języka. Każdy kęs obficie popijajcie olejem.


Wbrew informacjom na etykiecie, nie byliśmy w stanie wyczuć smaku jakichkolwiek przypraw.

Wikipedia informuje nas, że wątroba dorsza jest bardzo smaczna, i że jest specjałem, chętnie spożywanym do chleba jako pasta lub z ziemniakami. Nie chcemy zarzucać kłamstwa podstawowemu źródłu wiedzy dla połowy populacji naszej planety, ale być może rozmija się ono nieco z prawdą w tym punkcie. Gdyby nie fakt, że mamy już wyrobioną kontrolę nad odruchami oraz silny żołądek, trudno by nam było nie obejrzeć Wątróbek Dorszowych po raz kolejny. Jesteśmy przekonani, że w obie strony smakowałyby podobnie...
A może to tylko wina tego, że zasugerowaliśmy się informacją podaną na etykiecie, mówiącą że produkt przeznaczony jest "do bezpośredniego spożycia" i nieopatrznie spożyliśmy go bezpośrednio?
Zwalamy winę na Lecha z Łeby.


Wnioski:
Potrawy dzielą się na smaczne i zdrowe. Wątróbki Dorszowe zdecydowanie zaliczają się do tych drugich. Stanowią one źródło oleju z wątroby dorsza (szok!), który z kolei zawiera w sobie witaminy A, D, E oraz kwasy tłuszczowe omega - 3. Co prawda Gastrofaza zajmuje się przeciwnym od zdrowej żywności biegunem przemysłu spożywczego, ale nasza wiedza jest wystarczająca, żeby móc stwierdzić, że wątroba dorsza jest okrutnie wręcz zdrowa (pod warunkiem, oczywiście, że dorsz przed śmiercią nie nażarł się rtęci lub dioksyn z morza, lub że nie mieszkał w okolicach radzieckiego poligonu atomowego na Nowej Ziemi).

Co się zaś tyczy samej ryby, to okazuje się, że dorsz przez sporą część ludzkiej historii odgrywał rolę takiej Heleny Trojańskiej handlu. Wybuchały przez niego wojny (vide: wojny dorszowe), rewolucje (np. amerykańska), ludzie zdobywali fortunę i ludzie ginęli (choć to ostatnie akurat dziwić nie powinno, bo ludzie mają to do siebie, że im większa bzdura, tym więcej ich ginie).

Wszystko to opisane jest w tej książce, która pomimo tego, że jest pozycją o rybach, jest niesamowicie wręcz ciekawa. Do lektury, Gastrofani!

Ale dorsz to nie tylko koło zamachowe historii i potrawa (fish-and-chips i sztokfisz się kłaniają). To również przyrząd meteorologiczny.
Tak jest.
W Norwegii.


W najbogatszym kraju świata, siódmym największym eksporterze ropy, właścicielu ok. 1% wszystkich akcji giełdowych na świecie, wiesza się nadal zasuszonego dorsza pod sufitem i obserwuje w którym kierunku się przekręcił. Jak w lewo, to będzie lało, jak w prawo, to będzie pogoda. Lub na odwrót. Bez znaczenia, bo to przecież tylko SUSZONY DORSZ DYNDAJĄCY NA SZNURKU!

To tyle w kwestii ogólnodorszowych tematów. Zostawimy Was drodzy czytelnicy z ostatnią anegdotą wiążącą się z tą rybą.
Lernaeocera branchialis to największy po człowieku (to dzięki naszemu apetytowi na kwasy tłuszczowe omega - 3, gatunek ten w wielu miejscach bliski jest wymarcia. W związku z tym jedzenie wątróbek dorszowych, pod względem moralnym przypomina konsumpcję, dajmy na to, steków z pandy...) wróg dorsza. Ten kilkumilimetrowy skorupiak - pasożyt swoje dorosłe życie spędza przyczepiony do skrzeli dorsza. I nie byłoby w tym nic specjalnie strasznego - w końcu na wielu zwierzętach (w tym na nas) pasą się pasożyty - gdyby nie fakt, że Lernaeocera branchialis do kwestii bycia pasożytem podszedł w niemalże poetycki, żeby nie powiedzieć alegoryczny, sposób.
Otóż, po przyczepieniu się do dorszowych skrzeli zaczyna on wypuszczać "korzenie", za pomocą których penetruje układ krwionośny swego żywiciela, przy czym nie spocznie, póki nie dostaną się one do serca ryby. Właśnie tak. Lernaeocera branchialis żywi się krwią kradzioną wprost z ciepłego i otwartego serca dorsza. Pewnie dlatego dorsze słyną wśród ryb z melancholii, skłonności do popadania w smutną zadumę i anemii.
Jakiś sprawny poeta mógłby napisać na ten temat wiersz.

Płacze dorsz, a łzy jego
Zwiększają zasolenie morza


Czy smutek spowodowany

Zawodem ze strony węgorza?


Dół dorsza większy, ciemniejszy

Niż atlantyckie głębie


O dorszu czemu żałość

Wciąż gości na Twej gębie?

Dorsz czarne oko zamyka

Lecz nim go złamie paraliż

Wyszepcze jeszcze cicho

"Lernaeocera branchialis"


Czy coś w ten deseń.

Nie ma za co

P.S. Głosowanie wciąż trwa. Jeśli nie oddałeś/oddałaś jeszcze głosu na Gastrofazę, zrób to już teraz!

2010-01-13

BLOG ROKU - głosowanie

Witacje Gastrofani!
Bierzemy udział w konkursie Blog Roku (tak, postanowiliśmy skonfrontować Gastrofazę z innymi wykwitami blogosfery)!
Niestety, rzeczony konkurs nie opiera się jedynie na obiektywnej ocenie treści, pomysłu i ogólnej zajebistości bloga. Jego najważniejszą częścią (i najwęższym gardłem zarazem) jest głosowanie SMSowe, co osobiście uznajemy za pomysł chybiony, bo ogranicza on liczbę głosujących głównie do posiadaczy telefonów służbowych/pakietów darmowych SMSów/koleżanek i kolegów z klasy/innych sposobów na węża w kieszeni.
Blogi z największą ilością głosów przejdą do kolejnego etapu, podczas którego oceniane będą przez żyri (Gastrofaza zgłoszona została do kategorii "Absurdalne i offowe" ocenianej przez Joannę Kołaczkowską - znaną z kabaretów Potem i Hrabi!!!). Do wygrania są talony na wycieczki, laptopy, sława i groupies.

Aby zagłosować należy wysłać SMSa o treści I00230 (duże "i", zero, zero, dwa, trzy, zero) na numer 7144. Koszt jednego SMSa to 1,22 brutto (1 PLN + VAT). Im więcej SMSów, tym lepiej, ale, żeby było trudniej, można wysłać tylko 1 SMS z 1 numeru.
Głosować można do 21 stycznia 2010 do godz. 12.00.

Dowód, że nie ściemniamy.

Dochód z SMSów ma zostać przekazany na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych, więc korzyść jest podwójna.

Głosujcie, bo głupio byłoby nam przegrać z blogami o Hannah Montana lub o tym, co się komu śmiesznego wydarzyło podczas przerwy śniadaniowej w gimnazjum.

Pomóżcie Gastrofazie wymościć sobie wygodne gniazdko w polskiej blogosferze!
Za wszystkie głosy serdecznie dziękujemy.
Cmok w bok.

Grzesiek





2009-11-08

Bad Trip - Ryż Owocowy

Czołem Gastrofani!
Dzisiejszy test, nawiązując do niedawnych obchodów sześćdziesiątej rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej (中華人民共和國), poświęcony będzie Ryżowi Owocowemu firmy PAL-KOM.
Zapraszamy.

Wygląd opakowania:
No cóż, szczerze mówiąc nie jest to jakaś szczególnie porażająca eksplozja możliwości współczesnego wzornictwa przemysłowego. Tak naprawdę nie jest to nawet ciche pierdnięcie w poduchę. Ot, zwykły worek foliowy z prostym nadrukiem. Zero finezji.
Mimo to, producent chełpi się na swojej stronie internetowej, że "Profesjonalna szata graficzna naszych opakowań produktów ma na celu wyeksponowanie znajdujących się w nich towarów, a nie samego opakowania."
Z marketingu pała. W języku PAL-KOMu "profesjonalna" znaczy tyle, co "nieistniejąca".
Jako, że mamy dziś dobry dzień, za darmo podsuniemy producentowi uzupełnienie do powyższego tekstu reklamowego: "Profesjonalnie zaprojektowane opakowanie w doskonały sposób utrzymuje nasze produkty w jednym miejscu, przeciwdziałając entropii i zapobiegając ich rozsypaniu się."
Jak się okazuje, do zwykłego worka foliowego można dorobić niezwykłą ideologię...

Skład:
Niby nic: ryż, cukier, olej roślinny i inne nie wzbudzające na pierwszy rzut oka podejrzeń składniki. Do tekstów typu: "aromaty naturalne i identyczne z naturalnymi" jesteśmy już tak przyzwyczajeni, że prawie nie zwracamy na nie uwagi, choć gdybyśmy się mieli czepiać, napisalibyśmy, że "identyczne z naturalnymi" brzmi prawie jak: "co prawda pachną jak coś naturalnego, ale lepiej żebyście nie wiedzieli z czego się składają. Grunt, że zapach jest OK. Nic więcej nie powiemy."

Ale jest jeszcze coś co przykuwa uwagę uważnego konsumenta: barwniki. Nie bylibyśmy Gastrofazą, gdybyśmy nie zadali sobie trudu, żeby podrążyć nieco temat sztucznych barwników zwanych czasami "witaminami E-100". Oto wyniki naszego śledztwa:

E-102 - Tartrazyna; żółty barwnik syntetyczny. Może wywoływać alergie, zwłaszcza u osób uczulonych na aspirynę. Jest zagrożeniem również dla astmatyków. Powoduje wysypkę, nerwowość i problemy z oddychaniem.
E-110 - Żółcień pomarańczowa; barwnik określany jako niebezpieczny. Powoduje alergie, ból głowy i wysypkę. W testach na zwierzętach, po podaniu dużych dawek E-110 stwierdzono powstawanie nowotworów nerek.
E-124 - Czerwień koszenilowa. Uwaga alergicy! Może powodować kłopoty z oddychaniem!
E-133 - Błękit brylantowy. Nieszkodliwy. Łe...

Samo zdrowie, prawda? Zastanawia fakt, że Ryż Owocowy wymierzony jest głównie w alergików. Czyżby jakiś alergik kiedyś zerżnął właścicielowi PAL-KOMu żonę? Wyczuwamy zemstę.

W kwestii barwników to prawie wszystko. Ale, jak wiemy z pewnej wyeksploatowanej do granic wyrzygania reklamy, "prawie" robi dużą różnicę. W wypadku Ryżu Owocowego firmy PAL-KOM, jest to różnica pomiędzy alergią i bólami głowy (z opcją raka nerek), a potencjalną śmiercią w konwulsjach, wymiocinach i krwawym kale.
Już spieszymy z wyjaśnieniem: otóż opakowanie wymienia 4 syntetyczne barwniki - żółty, pomarańczowy, czerwony i niebieski, natomiast my stwierdzamy, że zawiera ono jeszcze ryż pokolorowany na zielono. Dlaczego nie został on wymieniony w składzie? Czy PAL-KOM skrywa przed nami jakąś straszną tajemnicę? Nie byliśmy w stanie ustalić czym jest ta anonimowa zieleń, a skoro tak, musimy założyć najczarniejszą opcję, że jest to nuklearny odpad pozostawiony przez wycofującą się Armię Czerwoną. Jakaś taka radioaktywna ta zieleń...
Może być również tak, że jest ona tak nieszkodliwa, że nie wymaga wymieniania jej w składzie, ale my, płynąc na fali nowoczesnego dziennikarstwa, wolimy szukać sensacji. Może jakiś technolog żywności się wypowie?

Otwieramy opakowanie:
Na talerz posypał się deszcz kolorowych, obłych obiektów wyglądających jak jajka jakiejś psychodelicznej muchy. Szybka ocena wzrokowa wykazała, że najrzadziej występują ziarenka w kolorze niebieskim. Nie jesteśmy pewni co z tego wynika, może poza wnioskiem, że barwnik E-133 jest najdroższy.
Całość pachnie mocno owocowo, przypominając nam zapach cukierków z naszego dzieciństwa w mrocznych latach 80-tych. Jako, że były to czasy, gdy często dostawaliśmy lanie kablem od żelazka i mamy teraz traumę - nie czujemy się zachęceni.
Ale ponieważ jest to Gastrofaza, jesteśmy zobligowani przed ludzkością żeby odłożyć na bok uprzedzenia i urazy i kontynuować nasz test.

Konsumpcja:
Czujemy rozczarowanie. Spróbowaliśmy każdego koloru z osobna w nadziei na wielość doznań smakowych, ale Ryż Owocowy zawiódł nasze oczekiwania - wszystkie kolory smakują tak samo: są mdławo słodkie z lekką nutką kwaskowatości.
Następnie wpakowaliśmy do ust całą garść w nadziei na zintensyfikowanie doznań, ale nic z tego. Jedyny efekt jaki udało nam się w ten sposób uzyskać, to wrażenie zaklejenia dziur w zębach przez rozpuszczający się w ślinie ryż. Niestety dla PAL-KOMu, po przekąskach oczekujemy nieco więcej niż tylko mdławego smaku i wypełnienia ubytków.

Wnioski:
Ryż to zboże stanowiące podstawę wyżywienia 1/3 ludzkości naszej planety (patrz: Wikipedia) i jako takie, zasługuje na lepsze traktowanie niż to jakiego doświadczyło z rąk PAL-KOMu.
Jak można było z tej użytecznej rośliny zrobić coś, co nie dość, że jest niesmaczne, to jeszcze potencjalnie niebezpieczne?
Nigdy nie byliśmy fanami preparowanego ryżu, ale Ryż Owocowy to już oficjalnie przegięcie. Nawet teraz, pisząc te słowa, czujemy w ustach kwaskowaty posmak zgagi, mimo że od konsumpcji niewielkiej przecież ilości tej, z braku lepszego słowa, "przekąski" upłynął już jakiś czas.
Wnikliwa analiza treści zawartych na stronie internetowej producenta, pozwoliła nam wysnuć wnioski co do natury tajemniczego zielonego składnika. Musi on mieć skład zbliżony do LSD a długotrwałe wystawienie na jego działanie skutkować może halucynacjami i porażeniem systema nervosum centrale. Oto dowód:

Jedna z klatek kwasowej animacji znalezionej na stronie internetowej PAL-KOMu. A tutaj link do całości. POLECAMY.



Niestety(stety) w spożywanym przez nas produkcie zawartość narkotyzującego składnika musi być tak mała, że jedyne co uległo porażeniu to nasze kubki smakowe. Z jednej strony trochę szkoda, bo liczyliśmy na fajny odjazd, ale z drugiej strony może i dobrze się stało, bo chyba lepiej trafić prosto do piekła niż zaliczyć wielogodzinnego tripa po kolorowej krainie PAL-KOMu...

A oto klatka z drugiego filmiku, do obejrzenia tutaj. RÓWNIEŻ POLECAMY. Do ściągnięcia także tapety.



Dochodzimy do wniosku, że właściciel PAL-KOMu, oprócz alergików nienawidzi również epileptyków: feeria kolorów na obu filmikach byłaby w stanie powalić słonia, nie mówiąc o siedmiolatku z padaczką...

Producent pisze, że preparowane ziarna zbóż to przyszłość. Pozwolimy sobie zachować zdrowy sceptycyzm wobec tego twierdzenia, ale nawet jeśli tak jest, to Ryż Owocowy firmy PAL-KOM okupuje śmietnik w bocznym zaułku ewolucji tego typu produktów i przekąsek w ogóle...
Dodatkowym argumentem przemawiającym za omijaniem szerokim łukiem omawianego produktu, jest fakt, że nie był on w stanie zainteresować nawet mrówek-faraonek, które mieszkają z nami w domu i z reguły rzucają się na wszystko, co nieopatrzenie pozostawione zostanie na widoku. Ryż Owocowy stał na stole ponad 2 tygodnie i w tym czasie jego okolice były najbardziej wolną od mrówek strefą w naszym mieszkaniu.
Aromaty naturalne... haha...

P.S. Serdecznie dziękujemy za odzew na apel zawarty w poprzednim artykule. Szczególne dziękczynienie należy się Julii i Kaśce, które przesłały nam kilka ciekawych produktów do przetestowania. Wyniki testów już niebawem (lub, co bardziej prawdopodobne, znając tempo naszej pracy - za jakiś rok;).

2009-08-13

Prośba

Jako, że asortyment gastro-cudów w naszym najbliższym sklepie (Kaufland) ulega powoli wyczerpaniu, zwracamy się do Was, o wierni czytelnicy Gastrofazy, o zgłaszanie pomysłów i sugestii na kolejne testy.
Zasadniczo zasada jest w zasadzie jedna - musi to być towar dostępny na sklepowej półce - chodzi o powtarzalność doznań (w Gastrofazie staramy się trzymać metody naukowej)
Przy zgłoszeniu prosimy podać nazwę produktu, jego rodzaj (konserwa, napój, itd) oraz sieć sklepów w jakim można go dostać.

Zgłoszenia można umieszczać w komentarzach lub słać bezpośrednio na okha@wp.pl

Z góry dziękujemy.
Redakcja

2009-08-08

W militarnych klimatach: Przysmak Majora i Przysmak Kaprala

Po długiej nieobecności Gastrofaza powraca niczym feniks z popiołów! Błagamy Was o wybaczenie wierni czytelnicy. Opuściliśmy się – to fakt, ale walka z twardymi realiami kapitalizmu rynkowego spowodowała, że nie mieliśmy czasu na przyjemności, o aktualizowaniu Gastrofazy nie wspominając. Jeśli, podobnie jak my, znajdujecie się w dolnej części społecznego łańcucha pokarmowego, na pewno zrozumiecie.

Z tego co widać, pod naszą nieobecność, na Gastrofazie nastąpiły pewne zmiany. Mamy tu na myśli te je**ne wyskakujące reklamy – nie mamy z nimi nic wspólnego, nikt nam za nie nie płaci i nikt nas o zgodę nie pytał. W związku z tym – jeśli macie pomysł jak się ich pozbyć, będziemy zobowiązani za wszelkie informacje. Piszcie na okha@wp.pl lub zostawcie instruktażowy komentarz. Tylko działając wspólnie będziemy mogli uczynić Gastrofazę miejscem przyjaznym i wolnym od reklamowego szumu tła.

To tyle w kwestii ogłoszeń parafialnych. Pora przejść do tak zwanego meritumu czyli testu Przysmaku Majora i Przysmaku Kaprala – dwóch konserw produkcji firmy PMB S.A. z Białegostoku.

Wygląd opakowania: Konserwy w zdecydowanie militarnym klimacie. Etykiety zdobi gustowna panterka oraz stylizowane pagony. Producent umieścił tu nawet wzorek udający sploty tkaniny – brawo. Właśnie taką dbałość o szczegóły cenimy w Gastrofazie najbardziej.

Całości designu (cóż za piękny, staropolski wyraz) dopełnia zdjęcie rogatywki majora Wojsk Lądowych (w przypadku przysmaku majora) oraz menażki wojskowej Wojska Polskiego (w przypadku przysmaku kaprala). Kreatywne połączenie tradycji z nowymi trendami we wzornictwie przemysłowym. Dżezi.

Wszystko to tworzyło by wrażenie prostej potrawy dla prawdziwych mężczyzn, gdyby nie fakt, że obie puszki zaopatrzone są w wygodne otwarcie. Psuje to nieco efekt macho, bo przecież ogólnie wiadomo, że prawdziwi mężczyźni do otwierania konserw najchętniej używają wyciągniętego z cholewy noża.

Skład: Jak informuje nas etykieta, przysmak kaprala to tak naprawdę słonina konserwowa z przyprawami. Dla ścisłości – 95% słoniny. Mniam. Reszta to sól i przyprawy. Zero chemii spod znaku E***.

Przysmak majora z kolei to nic innego, jak mielonka – 78% mięsa świni, tłuszcz, sól, przyprawy i konserwanty.

Bliższa analiza składu obu konserw ujawnia jeden zastanawiający składnik – migdały. Wieje luksusem. Zaiste długą drogę przeszła mielonka od czasu, gdy główny jej dodatek stanowiły skórki wieprzowe i mięso oddzielone mechanicznie z kurcząt...

Podsumowując – wychodzi na to, że firma PMB S.A. idzie z duchem czasu i traktuje korpus podoficerski – podstawę każdej nowoczesnej armii – w sposób uprzywilejowany i z dbałością o jego zdrowie. Każdy szanujący się kapral zapewne doceni brak konserwantów w swoim pożywieniu. Co innego major – ten, jak widać, zeżre wszystko, byleby tylko robiło dobry podkład pod wódę w czasie balangi, znaczy... w czasie narady sztabu oczywiście.

Otwieramy puszkę: Zgodnie z panującą w armii hierarchią, pierwszy do inspekcji trafi przysmak kaprala.

Biel aż bije po oczach. W obawie przed ślepotą śnieżną staraliśmy nie wpatrywać się zbyt mocno w zawartość puszki, ale kilka pobieżnych rzutów oka w zupełności wystarczyło. Całość zalana jest grubą warstwą tłuszczu, tworzącą prawdziwie jaskiniowy krajobraz.

Tłuszczowe stalaktyty i stalagmity prężą się w słońcu, ciesząc oko każdego domorosłego speleologa i grożąc miażdżycą od samego patrzenia. Pod białymi tworami kryje się różowe mięso (?) z przyprawami.

Mimo, że wzrok dostarcza nam atrakcji rodem z horrorów klasy B, zapach okazuje się być zadziwiająco przyjemny. Kojarzy nam się z dobrze przyprawionym domowym smalcem. Do przysmaku kaprala proponujemy podchodzić z zamkniętymi oczami.

Teraz przed szereg zapraszamy przysmak majora.

Podczas otwierania, na twarz i ręce trysnęło nam trochę bezbarwnego płynu. Mimo naszych obaw, nie dawał on objawów bycia żrącym (brak dymiącej dziury w dłoni), natomiast dawał objawy bycia słonym. Hmm. Czy to objaw zepsutej konserwy, czy też po prostu przysmak majora cieszy się, że nas widzi? Strach myśleć. Na szczęście okazuje się, że jest tego płynu w środku więcej, więc kilka uronionych kropli nie zaważy na ogólnym odbiorze tego dzieła sztuki kulinarnej.

Wnętrze konserwy ukazuje nam różową mielonkę z ciemniejszymi cętkami upstrzoną po bokach białymi grudami tłuszczu. Jako, że środek konserwy znajduje się wyżej niż jej części przylegające do ścianek, całość tworzy wrażenie ogólnej oklapłości i chorowitości, a klasyczny mielonkowy zapach utwierdza nas jedynie w przekonaniu, że majorzy w naszej armii są albo zbyt apatyczni, albo notorycznie zbyt pijani, aby zwracać uwagę na to, co jedzą.

Konsumpcja: Przysmak kaprala. Po wydobyciu z puszki, brązowo-różowo-białe, nieregularne bryły nie napawają zbytnim entuzjazmem. Nie mniej jednak, spróbujemy się zmierzyć z tym wymagającym przeciwnikiem.

Producent nie kłamał – 95% słoniny w postaci tłustych, białych fal, wręcz wylewa się z otwartej puszki. Tłuszcz jest tu wszechobecny. Z uwagi na ten fakt, przysmak kaprala nadaje się bardziej do rozsmarowywania na chlebie niż do jedzenia prosto z konserwy, co w warunkach bojowych stanowić może spory minus. Słone, miękkie grudy rozpuszczają się na języku pozostawiając na nim wyraźny smak przypraw. Całość smakuje jak mdły, przesolony smalec, stanowiąc jednak zarówno doskonałą bombę kaloryczną, jak i niezły lubrykant na te samotne noce w okopie, gdy tęsknota wkrada się w serce, a najbliższą Ci istotą jest towarzysz broni, wierny kumpel z plutonu... OK, STOP.

Przysmak majora. Utarło się sądzić, że oficerowie w armii jadają całkiem nieźle. Gastrofaza z radością obala ten mit raz na zawsze. Przysmak majora to klasyczna mielonka, twarda i różowa, jakich wiele gościło już w poprzednich odsłonach naszych testów. Doprawdy, wiele określeń przychodzi na myśl podczas konsumpcji mielonki, ale „przysmak” na pewno nie jest jednym z nich. Resztę napisaliśmy w poprzednich testach, więc nie ma sensu się powtarzać.

Nie do końca usatysfakcjonowani wynikami naszych badań, postanowiliśmy popuścić nieco wodze fantazji i wykonać eksperyment kulinarny, polegający na zmieszaniu obu potraw w menażce wojskowej. Niestety, to zbratanie korpusu oficerskiego z podoficerami nie dało oczekiwanego przez nas efektu synergii. Nasza mieszanka smakuje jak mielonka maczana w smalcu, jak wyrok śmierci na arteriosklerozę...

Wnioski: Drodzy przedstawiciele firmy PMB S.A.! O ile nie do końca rozumiemy powody (poza marketingowymi, rzecz jasna), jakimi kierowaliście się nadając swoim produktom nazwę „przysmak”, o tyle dziękujemy Wam za Wasz wkład w informowanie konsumentów, że służba w armii to nie tylko parady, chwała i za mundurem panny sznurem.

Uświadomiliście nam, że służba to ciężka i niewdzięczna, pełna wyrzeczeń i rozczarowań. No bo wyobraźmy sobie sytuację przeciętnego majora, który po ukończeniu studiów oficerskich i mozolnej wspinaczce po drabinie kariery, odkrywa, że przysmakiem zarezerwowanym dla niego na tym szczeblu wojskowej hierarchii jest zwykła mielonka. Wyobraźmy sobie kaprala, który szedł do armii licząc na przygodę i pieniądze, a dostał chleb i konserwę z wypełnioną sadłem. Ku chwale Ojczyzny.

Jest to w sumie doskonały sposób na oddzielenie mężczyzn od chłopców, bo żołnierz, który nie zdezerteruje na widok któregoś z „Przysmaków” ma zaiste stalowe morale i jest w stanie znieść wszystko...

Przy okazji przyszła nam do głowy nazwa na nasz miks mielonkowo-słoninowy: „Nemesis Mięsno-Tłuszczowa”. Prawa autorskie zastrzeżone.

P.S. Niniejszym ogłaszamy, że już rzygamy mielonką i więcej jej testować nie będziemy. No chyba, że trafi się nam coś zupełnie wyjątkowego...

2008-04-23

Ostrygi i małże. Powrót do królestwa Małej Syrenki

Witamy w kolejnym wydaniu Gastrofazy, które, zgodnie z obietnicami, zabierze Was znowu, drodzy Czytelnicy, do magicznego podwodnego królestwa Małej Syrenki.

Prosimy o oklaski dla ostryg i małży podwędzanych w oleju firmy Graal!

Wygląd opakowania:
Kolorowe kartonowe pudełeczka skrywają płaskie, pozbawione oznaczeń puszki. Trzeba przyznać, że opakowania prezentują się całkiem estetycznie i, w odróżnieniu od puszki z poprzedniego testu, nie prowokują odruchu ucieczki. Mimo to będziemy czujni. Zbyt długo już robimy w tym biznesie, żeby dać się zwieść kolorowej marketingowej propagandzie.
Zdjęcia na pudełkach przedstawiają sugerowany sposób podania obejmujący muszelki, cytrynę i natkę pietruszki. Wszystko wygląda estetycznie i elegancko, jednak my pozwolimy sobie zachować zdrowy sceptycyzm – nie raz już okazywało się, że to, co producent przedstawia na opakowaniu ma się do rzeczywistego produktu tak, jak obietnica orgii z udziałem 3 luksusowych modelek ma się do samotnej masturbacji w rozpalonym słońcem TOI-TOIu.

Skład:
Nic co by mogło wzbudzić nasze wątpliwości. Naprawdę.

Małże/ostrygi podwędzane, olej, sól. Czysta natura, nieskażona chemicznymi dodatkami. Nawet nie przychodzi nam do głowy żaden głupi żart na ten temat. Nudy.
Idźmy zatem dalej...

małże/ostrygi

Otwieramy puszkę:
Taaak...
Widywaliśmy już gorsze rzeczy.

Widywaliśmy również lepsze rzeczy, i trzeba przyznać, że było ich więcej...
Pierwsze skojarzenie, jakie mieliśmy po otwarciu obu puszek było takie, że ktoś zamienił opakowania i przez przypadek sprzedał nam mające trafić na azjatycki rynek niedźwiedzie szyszynki (po lewej) i małpie jądra (po prawej).
Mniam.

Zbliżenie ujawniło więcej szczegółów, w których, jak utarło się mówić, tkwi diabeł. Obecności Szatana co prawda nie wykryliśmy, ale lepiej zachować ostrożność, bo mógł się przecież przesunąć na dno opakowania podczas transportu...

Tak więc, z najwyższą czujnością, zbliżyliśmy się do obu puszek celem kontrolnego sztachnięcia, mającego dostarczyć nam danych dotyczących zapachu...
I nic spektakularnego się nie stało...
Ostrygi pachną olejem i wędzarnią – w sumie można się było tego spodziewać, ale i tak został w nas jakiś niedosyt. Małże z kolei pachną świeżym olejem silnikowym. Wyjaśnienia mamy dwa.
Wyjaśnienie 1. Tak pachnie olej sojowy, którego użyto w zalewie.
Wyjaśnienie 2. W pobliżu miejsca, z którego pochodzą nasze małże, rozbił się kiedyś tankowiec.
Ogólnie – nic strasznego. Pod warunkiem, że zamkniemy oczy, bowiem ostrygi i małże podwędzane w oleju należą bez wątpienia do kategorii potraw, które lepiej wąchać niż oglądać...

Konsumpcja:
Nie no, to jest przesada... Przeklinamy fakt, że nie stać nas na robienie testów homara lub kaczki w pomarańczach. Bycie niższą klasą średnią jest do dupy...
No ale trudno. Mamy misję społeczną, z której nie zrezygnujemy tylko dlatego, że zrobiło nam się niedobrze na widok tego, co zaraz zjemy. Przecież to nie pierwszy raz. Weźmy się w garść, zróbmy parę głębszych wdechów, policzmy do dziesięciu...
Tobie Ojczyzno...

Poszło.

Małże są lekko słonawe, a ostrygi lekko słodkie. Oba produkty – zdecydowanie mdłe, ale nie w sensie braku wrażeń smakowych. Dojmujące poczucie mdłości wynika raczej z faktu, że nasze kubki smakowe z całej siły starały się myśleć o czymś innym...
Na przykład o tym, że faktura wnętrza ostrygi przypomina nadzienie do pierogów (pod warunkiem oczywiście, że farsz do ruskich robiłoby się z torfu i jajek muchy, a całość zawijałoby się w skórę ściągniętą z króliczego embrionu).

Ogólnie w ustach został nam dziwny posmak, który, jak się zdaje, tylko Domestos jest w stanie zwalczyć, bo, póki co, zagryzanie kostką toaletową nie pomaga...

Wnioski:
Przyznajemy nie bez dumy, że ostatnie dwie odsłony Gastrofazy przesunęły granice naszych możliwości (braku odpowiedzialności?) o wiele dalej w kierunku bram kulinarnego piekła, niż byśmy się spodziewali. I zrobiliśmy to wszystko na trzeźwo! Niesamowite.
Tak czy inaczej – liczyliśmy na nagrodę. Tyle naczytaliśmy się o skarbach z dna mórz, że wydawało nam się oczywiste, że któraś z otwieranych dziś puszek zawierać będzie perłę, lub przynajmniej 5PLN za fatygę.

Niestety.
Jedyne, co zyskaliśmy po zjedzeniu małży i ostryg podwędzanych w oleju, to poczucie satysfakcji z dobrze wykonanej, nikomu nie potrzebnej roboty, skurcze żołądka i wielki respekt przed produktami firmy Graal.

W mądrych księgach (no dobrze, na wikipedii) jest napisane, że ostrygi i małże to jedna z najstarszych potraw znanych ludzkości. Żal nam naszych przodków. Nie dość, że nie mieli internetowej pornografii, nie dość, że drżeli ze strachu przed prehistorycznymi potworami, wielkimi leniwcami i włochatymi nosorożcami wielkości posła Ryszarda Kalisza, to jeszcze jedyną perspektywą kolacji była dla nich wizja oślizgłych mięczaków żywiących się świństwem unoszącym się w zimnych wodach wszechoceanu. Nic dziwnego, że żyli po 30 lat...

Swoją drogą - czapki z głów przed pierwszym człowiekiem, który zjadł ostrygę...

Tym bardziej zastanawia nas fakt, że ostrygi uznawane są dziś za danie ekskluzywne i wykwintne, a bogaci ludzie są w stanie zapłacić równowartość naszych miesięcznych dochodów za porcję tych, z braku lepszego słowa, frykasów. To tylko potwierdza naszą teorię, że bogaty człowiek zje wszystko – nawet jeśli będą to zajęcze bobki w sosie ze świńskich racic – byleby tylko kosztowało to więcej niż wynosi pensja kelnera i nazywało się po francusku.

A przecież Biblia wyraźnie mówi (Biblia Tysiąclecia, Kpł. 11, 10-12):
10. Ale każda istota wodna, która nie ma płetw albo łusek w morzach i rzekach spośród wszystkiego, co się roi w wodzie, i spośród wszystkich zwierząt wodnych, będzie dla was obrzydliwością.
11. Będą one dla was obrzydliwością, nie jedzcie ich mięsa i brzydźcie się ich padliną.

12. Wszystkie istoty wodne, które nie mają płetw albo łusek, będą dla was obrzydliwością.

Trudno się z tym nie zgodzić, choć mamy podejrzenia, że umieszczając powyższe nakazy w Biblii, Stwórca miał na myśli nie tylko dbałość nasze wrażenia estetyczne. Chciał także, zdaje się, zaprowadzić kontrolę nad ludzkim życiem seksualnym (doprawdy, seks to jedna z największych obsesji monoteistycznych bóstw. Niebiańscy psychoterapeuci mają z pewnością pełne ręce roboty...).
Skąd ta teza?
Otóż stąd, że, jak wykazali naukowcy, ostrygi mają dużą zawartość cynku, który wpływa na produkcję testosteronu, a co za tym idzie, na męskie zdolności seksualne. Mięczaki te są również uznawane za afrodyzjak.
Zapewne stąd bierze się cała ta boska małżowa prohibicja.
Mimo to, dziwi nas bardzo ta przezorność, bo po konsumpcji ostryg i małży podwędzanych w oleju, nie poczuliśmy podniecenia, a raczej niesmak i brak chęci do czegokolwiek...
Chociaż nie, moment...
Coś jakby drgnęło...
Chyba jednak coś czujemy...
Chodź do tatusia Mała Syrenko...

Ooo yeah...