2009-11-08

Bad Trip - Ryż Owocowy

Czołem Gastrofani!
Dzisiejszy test, nawiązując do niedawnych obchodów sześćdziesiątej rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej (中華人民共和國), poświęcony będzie Ryżowi Owocowemu firmy PAL-KOM.
Zapraszamy.

Wygląd opakowania:
No cóż, szczerze mówiąc nie jest to jakaś szczególnie porażająca eksplozja możliwości współczesnego wzornictwa przemysłowego. Tak naprawdę nie jest to nawet ciche pierdnięcie w poduchę. Ot, zwykły worek foliowy z prostym nadrukiem. Zero finezji.
Mimo to, producent chełpi się na swojej stronie internetowej, że "Profesjonalna szata graficzna naszych opakowań produktów ma na celu wyeksponowanie znajdujących się w nich towarów, a nie samego opakowania."
Z marketingu pała. W języku PAL-KOMu "profesjonalna" znaczy tyle, co "nieistniejąca".
Jako, że mamy dziś dobry dzień, za darmo podsuniemy producentowi uzupełnienie do powyższego tekstu reklamowego: "Profesjonalnie zaprojektowane opakowanie w doskonały sposób utrzymuje nasze produkty w jednym miejscu, przeciwdziałając entropii i zapobiegając ich rozsypaniu się."
Jak się okazuje, do zwykłego worka foliowego można dorobić niezwykłą ideologię...

Skład:
Niby nic: ryż, cukier, olej roślinny i inne nie wzbudzające na pierwszy rzut oka podejrzeń składniki. Do tekstów typu: "aromaty naturalne i identyczne z naturalnymi" jesteśmy już tak przyzwyczajeni, że prawie nie zwracamy na nie uwagi, choć gdybyśmy się mieli czepiać, napisalibyśmy, że "identyczne z naturalnymi" brzmi prawie jak: "co prawda pachną jak coś naturalnego, ale lepiej żebyście nie wiedzieli z czego się składają. Grunt, że zapach jest OK. Nic więcej nie powiemy."

Ale jest jeszcze coś co przykuwa uwagę uważnego konsumenta: barwniki. Nie bylibyśmy Gastrofazą, gdybyśmy nie zadali sobie trudu, żeby podrążyć nieco temat sztucznych barwników zwanych czasami "witaminami E-100". Oto wyniki naszego śledztwa:

E-102 - Tartrazyna; żółty barwnik syntetyczny. Może wywoływać alergie, zwłaszcza u osób uczulonych na aspirynę. Jest zagrożeniem również dla astmatyków. Powoduje wysypkę, nerwowość i problemy z oddychaniem.
E-110 - Żółcień pomarańczowa; barwnik określany jako niebezpieczny. Powoduje alergie, ból głowy i wysypkę. W testach na zwierzętach, po podaniu dużych dawek E-110 stwierdzono powstawanie nowotworów nerek.
E-124 - Czerwień koszenilowa. Uwaga alergicy! Może powodować kłopoty z oddychaniem!
E-133 - Błękit brylantowy. Nieszkodliwy. Łe...

Samo zdrowie, prawda? Zastanawia fakt, że Ryż Owocowy wymierzony jest głównie w alergików. Czyżby jakiś alergik kiedyś zerżnął właścicielowi PAL-KOMu żonę? Wyczuwamy zemstę.

W kwestii barwników to prawie wszystko. Ale, jak wiemy z pewnej wyeksploatowanej do granic wyrzygania reklamy, "prawie" robi dużą różnicę. W wypadku Ryżu Owocowego firmy PAL-KOM, jest to różnica pomiędzy alergią i bólami głowy (z opcją raka nerek), a potencjalną śmiercią w konwulsjach, wymiocinach i krwawym kale.
Już spieszymy z wyjaśnieniem: otóż opakowanie wymienia 4 syntetyczne barwniki - żółty, pomarańczowy, czerwony i niebieski, natomiast my stwierdzamy, że zawiera ono jeszcze ryż pokolorowany na zielono. Dlaczego nie został on wymieniony w składzie? Czy PAL-KOM skrywa przed nami jakąś straszną tajemnicę? Nie byliśmy w stanie ustalić czym jest ta anonimowa zieleń, a skoro tak, musimy założyć najczarniejszą opcję, że jest to nuklearny odpad pozostawiony przez wycofującą się Armię Czerwoną. Jakaś taka radioaktywna ta zieleń...
Może być również tak, że jest ona tak nieszkodliwa, że nie wymaga wymieniania jej w składzie, ale my, płynąc na fali nowoczesnego dziennikarstwa, wolimy szukać sensacji. Może jakiś technolog żywności się wypowie?

Otwieramy opakowanie:
Na talerz posypał się deszcz kolorowych, obłych obiektów wyglądających jak jajka jakiejś psychodelicznej muchy. Szybka ocena wzrokowa wykazała, że najrzadziej występują ziarenka w kolorze niebieskim. Nie jesteśmy pewni co z tego wynika, może poza wnioskiem, że barwnik E-133 jest najdroższy.
Całość pachnie mocno owocowo, przypominając nam zapach cukierków z naszego dzieciństwa w mrocznych latach 80-tych. Jako, że były to czasy, gdy często dostawaliśmy lanie kablem od żelazka i mamy teraz traumę - nie czujemy się zachęceni.
Ale ponieważ jest to Gastrofaza, jesteśmy zobligowani przed ludzkością żeby odłożyć na bok uprzedzenia i urazy i kontynuować nasz test.

Konsumpcja:
Czujemy rozczarowanie. Spróbowaliśmy każdego koloru z osobna w nadziei na wielość doznań smakowych, ale Ryż Owocowy zawiódł nasze oczekiwania - wszystkie kolory smakują tak samo: są mdławo słodkie z lekką nutką kwaskowatości.
Następnie wpakowaliśmy do ust całą garść w nadziei na zintensyfikowanie doznań, ale nic z tego. Jedyny efekt jaki udało nam się w ten sposób uzyskać, to wrażenie zaklejenia dziur w zębach przez rozpuszczający się w ślinie ryż. Niestety dla PAL-KOMu, po przekąskach oczekujemy nieco więcej niż tylko mdławego smaku i wypełnienia ubytków.

Wnioski:
Ryż to zboże stanowiące podstawę wyżywienia 1/3 ludzkości naszej planety (patrz: Wikipedia) i jako takie, zasługuje na lepsze traktowanie niż to jakiego doświadczyło z rąk PAL-KOMu.
Jak można było z tej użytecznej rośliny zrobić coś, co nie dość, że jest niesmaczne, to jeszcze potencjalnie niebezpieczne?
Nigdy nie byliśmy fanami preparowanego ryżu, ale Ryż Owocowy to już oficjalnie przegięcie. Nawet teraz, pisząc te słowa, czujemy w ustach kwaskowaty posmak zgagi, mimo że od konsumpcji niewielkiej przecież ilości tej, z braku lepszego słowa, "przekąski" upłynął już jakiś czas.
Wnikliwa analiza treści zawartych na stronie internetowej producenta, pozwoliła nam wysnuć wnioski co do natury tajemniczego zielonego składnika. Musi on mieć skład zbliżony do LSD a długotrwałe wystawienie na jego działanie skutkować może halucynacjami i porażeniem systema nervosum centrale. Oto dowód:

Jedna z klatek kwasowej animacji znalezionej na stronie internetowej PAL-KOMu. A tutaj link do całości. POLECAMY.



Niestety(stety) w spożywanym przez nas produkcie zawartość narkotyzującego składnika musi być tak mała, że jedyne co uległo porażeniu to nasze kubki smakowe. Z jednej strony trochę szkoda, bo liczyliśmy na fajny odjazd, ale z drugiej strony może i dobrze się stało, bo chyba lepiej trafić prosto do piekła niż zaliczyć wielogodzinnego tripa po kolorowej krainie PAL-KOMu...

A oto klatka z drugiego filmiku, do obejrzenia tutaj. RÓWNIEŻ POLECAMY. Do ściągnięcia także tapety.



Dochodzimy do wniosku, że właściciel PAL-KOMu, oprócz alergików nienawidzi również epileptyków: feeria kolorów na obu filmikach byłaby w stanie powalić słonia, nie mówiąc o siedmiolatku z padaczką...

Producent pisze, że preparowane ziarna zbóż to przyszłość. Pozwolimy sobie zachować zdrowy sceptycyzm wobec tego twierdzenia, ale nawet jeśli tak jest, to Ryż Owocowy firmy PAL-KOM okupuje śmietnik w bocznym zaułku ewolucji tego typu produktów i przekąsek w ogóle...
Dodatkowym argumentem przemawiającym za omijaniem szerokim łukiem omawianego produktu, jest fakt, że nie był on w stanie zainteresować nawet mrówek-faraonek, które mieszkają z nami w domu i z reguły rzucają się na wszystko, co nieopatrzenie pozostawione zostanie na widoku. Ryż Owocowy stał na stole ponad 2 tygodnie i w tym czasie jego okolice były najbardziej wolną od mrówek strefą w naszym mieszkaniu.
Aromaty naturalne... haha...

P.S. Serdecznie dziękujemy za odzew na apel zawarty w poprzednim artykule. Szczególne dziękczynienie należy się Julii i Kaśce, które przesłały nam kilka ciekawych produktów do przetestowania. Wyniki testów już niebawem (lub, co bardziej prawdopodobne, znając tempo naszej pracy - za jakiś rok;).

2009-08-13

Prośba

Jako, że asortyment gastro-cudów w naszym najbliższym sklepie (Kaufland) ulega powoli wyczerpaniu, zwracamy się do Was, o wierni czytelnicy Gastrofazy, o zgłaszanie pomysłów i sugestii na kolejne testy.
Zasadniczo zasada jest w zasadzie jedna - musi to być towar dostępny na sklepowej półce - chodzi o powtarzalność doznań (w Gastrofazie staramy się trzymać metody naukowej)
Przy zgłoszeniu prosimy podać nazwę produktu, jego rodzaj (konserwa, napój, itd) oraz sieć sklepów w jakim można go dostać.

Zgłoszenia można umieszczać w komentarzach lub słać bezpośrednio na okha@wp.pl

Z góry dziękujemy.
Redakcja

2009-08-08

W militarnych klimatach: Przysmak Majora i Przysmak Kaprala

Po długiej nieobecności Gastrofaza powraca niczym feniks z popiołów! Błagamy Was o wybaczenie wierni czytelnicy. Opuściliśmy się – to fakt, ale walka z twardymi realiami kapitalizmu rynkowego spowodowała, że nie mieliśmy czasu na przyjemności, o aktualizowaniu Gastrofazy nie wspominając. Jeśli, podobnie jak my, znajdujecie się w dolnej części społecznego łańcucha pokarmowego, na pewno zrozumiecie.

Z tego co widać, pod naszą nieobecność, na Gastrofazie nastąpiły pewne zmiany. Mamy tu na myśli te je**ne wyskakujące reklamy – nie mamy z nimi nic wspólnego, nikt nam za nie nie płaci i nikt nas o zgodę nie pytał. W związku z tym – jeśli macie pomysł jak się ich pozbyć, będziemy zobowiązani za wszelkie informacje. Piszcie na okha@wp.pl lub zostawcie instruktażowy komentarz. Tylko działając wspólnie będziemy mogli uczynić Gastrofazę miejscem przyjaznym i wolnym od reklamowego szumu tła.

To tyle w kwestii ogłoszeń parafialnych. Pora przejść do tak zwanego meritumu czyli testu Przysmaku Majora i Przysmaku Kaprala – dwóch konserw produkcji firmy PMB S.A. z Białegostoku.

Wygląd opakowania: Konserwy w zdecydowanie militarnym klimacie. Etykiety zdobi gustowna panterka oraz stylizowane pagony. Producent umieścił tu nawet wzorek udający sploty tkaniny – brawo. Właśnie taką dbałość o szczegóły cenimy w Gastrofazie najbardziej.

Całości designu (cóż za piękny, staropolski wyraz) dopełnia zdjęcie rogatywki majora Wojsk Lądowych (w przypadku przysmaku majora) oraz menażki wojskowej Wojska Polskiego (w przypadku przysmaku kaprala). Kreatywne połączenie tradycji z nowymi trendami we wzornictwie przemysłowym. Dżezi.

Wszystko to tworzyło by wrażenie prostej potrawy dla prawdziwych mężczyzn, gdyby nie fakt, że obie puszki zaopatrzone są w wygodne otwarcie. Psuje to nieco efekt macho, bo przecież ogólnie wiadomo, że prawdziwi mężczyźni do otwierania konserw najchętniej używają wyciągniętego z cholewy noża.

Skład: Jak informuje nas etykieta, przysmak kaprala to tak naprawdę słonina konserwowa z przyprawami. Dla ścisłości – 95% słoniny. Mniam. Reszta to sól i przyprawy. Zero chemii spod znaku E***.

Przysmak majora z kolei to nic innego, jak mielonka – 78% mięsa świni, tłuszcz, sól, przyprawy i konserwanty.

Bliższa analiza składu obu konserw ujawnia jeden zastanawiający składnik – migdały. Wieje luksusem. Zaiste długą drogę przeszła mielonka od czasu, gdy główny jej dodatek stanowiły skórki wieprzowe i mięso oddzielone mechanicznie z kurcząt...

Podsumowując – wychodzi na to, że firma PMB S.A. idzie z duchem czasu i traktuje korpus podoficerski – podstawę każdej nowoczesnej armii – w sposób uprzywilejowany i z dbałością o jego zdrowie. Każdy szanujący się kapral zapewne doceni brak konserwantów w swoim pożywieniu. Co innego major – ten, jak widać, zeżre wszystko, byleby tylko robiło dobry podkład pod wódę w czasie balangi, znaczy... w czasie narady sztabu oczywiście.

Otwieramy puszkę: Zgodnie z panującą w armii hierarchią, pierwszy do inspekcji trafi przysmak kaprala.

Biel aż bije po oczach. W obawie przed ślepotą śnieżną staraliśmy nie wpatrywać się zbyt mocno w zawartość puszki, ale kilka pobieżnych rzutów oka w zupełności wystarczyło. Całość zalana jest grubą warstwą tłuszczu, tworzącą prawdziwie jaskiniowy krajobraz.

Tłuszczowe stalaktyty i stalagmity prężą się w słońcu, ciesząc oko każdego domorosłego speleologa i grożąc miażdżycą od samego patrzenia. Pod białymi tworami kryje się różowe mięso (?) z przyprawami.

Mimo, że wzrok dostarcza nam atrakcji rodem z horrorów klasy B, zapach okazuje się być zadziwiająco przyjemny. Kojarzy nam się z dobrze przyprawionym domowym smalcem. Do przysmaku kaprala proponujemy podchodzić z zamkniętymi oczami.

Teraz przed szereg zapraszamy przysmak majora.

Podczas otwierania, na twarz i ręce trysnęło nam trochę bezbarwnego płynu. Mimo naszych obaw, nie dawał on objawów bycia żrącym (brak dymiącej dziury w dłoni), natomiast dawał objawy bycia słonym. Hmm. Czy to objaw zepsutej konserwy, czy też po prostu przysmak majora cieszy się, że nas widzi? Strach myśleć. Na szczęście okazuje się, że jest tego płynu w środku więcej, więc kilka uronionych kropli nie zaważy na ogólnym odbiorze tego dzieła sztuki kulinarnej.

Wnętrze konserwy ukazuje nam różową mielonkę z ciemniejszymi cętkami upstrzoną po bokach białymi grudami tłuszczu. Jako, że środek konserwy znajduje się wyżej niż jej części przylegające do ścianek, całość tworzy wrażenie ogólnej oklapłości i chorowitości, a klasyczny mielonkowy zapach utwierdza nas jedynie w przekonaniu, że majorzy w naszej armii są albo zbyt apatyczni, albo notorycznie zbyt pijani, aby zwracać uwagę na to, co jedzą.

Konsumpcja: Przysmak kaprala. Po wydobyciu z puszki, brązowo-różowo-białe, nieregularne bryły nie napawają zbytnim entuzjazmem. Nie mniej jednak, spróbujemy się zmierzyć z tym wymagającym przeciwnikiem.

Producent nie kłamał – 95% słoniny w postaci tłustych, białych fal, wręcz wylewa się z otwartej puszki. Tłuszcz jest tu wszechobecny. Z uwagi na ten fakt, przysmak kaprala nadaje się bardziej do rozsmarowywania na chlebie niż do jedzenia prosto z konserwy, co w warunkach bojowych stanowić może spory minus. Słone, miękkie grudy rozpuszczają się na języku pozostawiając na nim wyraźny smak przypraw. Całość smakuje jak mdły, przesolony smalec, stanowiąc jednak zarówno doskonałą bombę kaloryczną, jak i niezły lubrykant na te samotne noce w okopie, gdy tęsknota wkrada się w serce, a najbliższą Ci istotą jest towarzysz broni, wierny kumpel z plutonu... OK, STOP.

Przysmak majora. Utarło się sądzić, że oficerowie w armii jadają całkiem nieźle. Gastrofaza z radością obala ten mit raz na zawsze. Przysmak majora to klasyczna mielonka, twarda i różowa, jakich wiele gościło już w poprzednich odsłonach naszych testów. Doprawdy, wiele określeń przychodzi na myśl podczas konsumpcji mielonki, ale „przysmak” na pewno nie jest jednym z nich. Resztę napisaliśmy w poprzednich testach, więc nie ma sensu się powtarzać.

Nie do końca usatysfakcjonowani wynikami naszych badań, postanowiliśmy popuścić nieco wodze fantazji i wykonać eksperyment kulinarny, polegający na zmieszaniu obu potraw w menażce wojskowej. Niestety, to zbratanie korpusu oficerskiego z podoficerami nie dało oczekiwanego przez nas efektu synergii. Nasza mieszanka smakuje jak mielonka maczana w smalcu, jak wyrok śmierci na arteriosklerozę...

Wnioski: Drodzy przedstawiciele firmy PMB S.A.! O ile nie do końca rozumiemy powody (poza marketingowymi, rzecz jasna), jakimi kierowaliście się nadając swoim produktom nazwę „przysmak”, o tyle dziękujemy Wam za Wasz wkład w informowanie konsumentów, że służba w armii to nie tylko parady, chwała i za mundurem panny sznurem.

Uświadomiliście nam, że służba to ciężka i niewdzięczna, pełna wyrzeczeń i rozczarowań. No bo wyobraźmy sobie sytuację przeciętnego majora, który po ukończeniu studiów oficerskich i mozolnej wspinaczce po drabinie kariery, odkrywa, że przysmakiem zarezerwowanym dla niego na tym szczeblu wojskowej hierarchii jest zwykła mielonka. Wyobraźmy sobie kaprala, który szedł do armii licząc na przygodę i pieniądze, a dostał chleb i konserwę z wypełnioną sadłem. Ku chwale Ojczyzny.

Jest to w sumie doskonały sposób na oddzielenie mężczyzn od chłopców, bo żołnierz, który nie zdezerteruje na widok któregoś z „Przysmaków” ma zaiste stalowe morale i jest w stanie znieść wszystko...

Przy okazji przyszła nam do głowy nazwa na nasz miks mielonkowo-słoninowy: „Nemesis Mięsno-Tłuszczowa”. Prawa autorskie zastrzeżone.

P.S. Niniejszym ogłaszamy, że już rzygamy mielonką i więcej jej testować nie będziemy. No chyba, że trafi się nam coś zupełnie wyjątkowego...

2008-04-23

Ostrygi i małże. Powrót do królestwa Małej Syrenki

Witamy w kolejnym wydaniu Gastrofazy, które, zgodnie z obietnicami, zabierze Was znowu, drodzy Czytelnicy, do magicznego podwodnego królestwa Małej Syrenki.

Prosimy o oklaski dla ostryg i małży podwędzanych w oleju firmy Graal!

Wygląd opakowania:
Kolorowe kartonowe pudełeczka skrywają płaskie, pozbawione oznaczeń puszki. Trzeba przyznać, że opakowania prezentują się całkiem estetycznie i, w odróżnieniu od puszki z poprzedniego testu, nie prowokują odruchu ucieczki. Mimo to będziemy czujni. Zbyt długo już robimy w tym biznesie, żeby dać się zwieść kolorowej marketingowej propagandzie.
Zdjęcia na pudełkach przedstawiają sugerowany sposób podania obejmujący muszelki, cytrynę i natkę pietruszki. Wszystko wygląda estetycznie i elegancko, jednak my pozwolimy sobie zachować zdrowy sceptycyzm – nie raz już okazywało się, że to, co producent przedstawia na opakowaniu ma się do rzeczywistego produktu tak, jak obietnica orgii z udziałem 3 luksusowych modelek ma się do samotnej masturbacji w rozpalonym słońcem TOI-TOIu.

Skład:
Nic co by mogło wzbudzić nasze wątpliwości. Naprawdę.

Małże/ostrygi podwędzane, olej, sól. Czysta natura, nieskażona chemicznymi dodatkami. Nawet nie przychodzi nam do głowy żaden głupi żart na ten temat. Nudy.
Idźmy zatem dalej...

małże/ostrygi

Otwieramy puszkę:
Taaak...
Widywaliśmy już gorsze rzeczy.

Widywaliśmy również lepsze rzeczy, i trzeba przyznać, że było ich więcej...
Pierwsze skojarzenie, jakie mieliśmy po otwarciu obu puszek było takie, że ktoś zamienił opakowania i przez przypadek sprzedał nam mające trafić na azjatycki rynek niedźwiedzie szyszynki (po lewej) i małpie jądra (po prawej).
Mniam.

Zbliżenie ujawniło więcej szczegółów, w których, jak utarło się mówić, tkwi diabeł. Obecności Szatana co prawda nie wykryliśmy, ale lepiej zachować ostrożność, bo mógł się przecież przesunąć na dno opakowania podczas transportu...

Tak więc, z najwyższą czujnością, zbliżyliśmy się do obu puszek celem kontrolnego sztachnięcia, mającego dostarczyć nam danych dotyczących zapachu...
I nic spektakularnego się nie stało...
Ostrygi pachną olejem i wędzarnią – w sumie można się było tego spodziewać, ale i tak został w nas jakiś niedosyt. Małże z kolei pachną świeżym olejem silnikowym. Wyjaśnienia mamy dwa.
Wyjaśnienie 1. Tak pachnie olej sojowy, którego użyto w zalewie.
Wyjaśnienie 2. W pobliżu miejsca, z którego pochodzą nasze małże, rozbił się kiedyś tankowiec.
Ogólnie – nic strasznego. Pod warunkiem, że zamkniemy oczy, bowiem ostrygi i małże podwędzane w oleju należą bez wątpienia do kategorii potraw, które lepiej wąchać niż oglądać...

Konsumpcja:
Nie no, to jest przesada... Przeklinamy fakt, że nie stać nas na robienie testów homara lub kaczki w pomarańczach. Bycie niższą klasą średnią jest do dupy...
No ale trudno. Mamy misję społeczną, z której nie zrezygnujemy tylko dlatego, że zrobiło nam się niedobrze na widok tego, co zaraz zjemy. Przecież to nie pierwszy raz. Weźmy się w garść, zróbmy parę głębszych wdechów, policzmy do dziesięciu...
Tobie Ojczyzno...

Poszło.

Małże są lekko słonawe, a ostrygi lekko słodkie. Oba produkty – zdecydowanie mdłe, ale nie w sensie braku wrażeń smakowych. Dojmujące poczucie mdłości wynika raczej z faktu, że nasze kubki smakowe z całej siły starały się myśleć o czymś innym...
Na przykład o tym, że faktura wnętrza ostrygi przypomina nadzienie do pierogów (pod warunkiem oczywiście, że farsz do ruskich robiłoby się z torfu i jajek muchy, a całość zawijałoby się w skórę ściągniętą z króliczego embrionu).

Ogólnie w ustach został nam dziwny posmak, który, jak się zdaje, tylko Domestos jest w stanie zwalczyć, bo, póki co, zagryzanie kostką toaletową nie pomaga...

Wnioski:
Przyznajemy nie bez dumy, że ostatnie dwie odsłony Gastrofazy przesunęły granice naszych możliwości (braku odpowiedzialności?) o wiele dalej w kierunku bram kulinarnego piekła, niż byśmy się spodziewali. I zrobiliśmy to wszystko na trzeźwo! Niesamowite.
Tak czy inaczej – liczyliśmy na nagrodę. Tyle naczytaliśmy się o skarbach z dna mórz, że wydawało nam się oczywiste, że któraś z otwieranych dziś puszek zawierać będzie perłę, lub przynajmniej 5PLN za fatygę.

Niestety.
Jedyne, co zyskaliśmy po zjedzeniu małży i ostryg podwędzanych w oleju, to poczucie satysfakcji z dobrze wykonanej, nikomu nie potrzebnej roboty, skurcze żołądka i wielki respekt przed produktami firmy Graal.

W mądrych księgach (no dobrze, na wikipedii) jest napisane, że ostrygi i małże to jedna z najstarszych potraw znanych ludzkości. Żal nam naszych przodków. Nie dość, że nie mieli internetowej pornografii, nie dość, że drżeli ze strachu przed prehistorycznymi potworami, wielkimi leniwcami i włochatymi nosorożcami wielkości posła Ryszarda Kalisza, to jeszcze jedyną perspektywą kolacji była dla nich wizja oślizgłych mięczaków żywiących się świństwem unoszącym się w zimnych wodach wszechoceanu. Nic dziwnego, że żyli po 30 lat...

Swoją drogą - czapki z głów przed pierwszym człowiekiem, który zjadł ostrygę...

Tym bardziej zastanawia nas fakt, że ostrygi uznawane są dziś za danie ekskluzywne i wykwintne, a bogaci ludzie są w stanie zapłacić równowartość naszych miesięcznych dochodów za porcję tych, z braku lepszego słowa, frykasów. To tylko potwierdza naszą teorię, że bogaty człowiek zje wszystko – nawet jeśli będą to zajęcze bobki w sosie ze świńskich racic – byleby tylko kosztowało to więcej niż wynosi pensja kelnera i nazywało się po francusku.

A przecież Biblia wyraźnie mówi (Biblia Tysiąclecia, Kpł. 11, 10-12):
10. Ale każda istota wodna, która nie ma płetw albo łusek w morzach i rzekach spośród wszystkiego, co się roi w wodzie, i spośród wszystkich zwierząt wodnych, będzie dla was obrzydliwością.
11. Będą one dla was obrzydliwością, nie jedzcie ich mięsa i brzydźcie się ich padliną.

12. Wszystkie istoty wodne, które nie mają płetw albo łusek, będą dla was obrzydliwością.

Trudno się z tym nie zgodzić, choć mamy podejrzenia, że umieszczając powyższe nakazy w Biblii, Stwórca miał na myśli nie tylko dbałość nasze wrażenia estetyczne. Chciał także, zdaje się, zaprowadzić kontrolę nad ludzkim życiem seksualnym (doprawdy, seks to jedna z największych obsesji monoteistycznych bóstw. Niebiańscy psychoterapeuci mają z pewnością pełne ręce roboty...).
Skąd ta teza?
Otóż stąd, że, jak wykazali naukowcy, ostrygi mają dużą zawartość cynku, który wpływa na produkcję testosteronu, a co za tym idzie, na męskie zdolności seksualne. Mięczaki te są również uznawane za afrodyzjak.
Zapewne stąd bierze się cała ta boska małżowa prohibicja.
Mimo to, dziwi nas bardzo ta przezorność, bo po konsumpcji ostryg i małży podwędzanych w oleju, nie poczuliśmy podniecenia, a raczej niesmak i brak chęci do czegokolwiek...
Chociaż nie, moment...
Coś jakby drgnęło...
Chyba jednak coś czujemy...
Chodź do tatusia Mała Syrenko...

Ooo yeah...

2008-04-03

Ośmiornice!

Dzisiejsza Gastrofaza zabierze Was w ciemne głębie oceanu, gdzie to, co na co dzień bierzemy za normalność, siedzi pod kamieniem skulone ze strachu, i gdzie mroczna rzeczywistość udowadnia, że nie trzeba iść spać, żeby przeżyć koszmar...
Przed Wami ośmiorniczki w lekko pikantnym sosie pomidorowym firmy Graal!

Wygląd opakowania:
Jak to zwykle bywa w segmencie gastronomii, którym się zajmujemy – bohater naszego dzisiejszego testu ukryty jest w niepozornej puszce.
Etykieta informuje nas w zasadzie jedynie o tym, że dziś na stół trafią ośmiorniczki w lekko pikantnym sosie. A przynajmniej tak mógłby pomyśleć laik. Dla naszych wprawnych oczu, opakowanie zawiera znacznie więcej, niepokojących, informacji. Czerwony kolor etykiety jest międzynarodowym sygnałem ostrzegającym przed niebezpieczeństwem, a wielkie litery, którymi napisana jest nazwa produktu, wśród społeczności internetowej uznawane są za synonim krzyku. Tak więc zatem przed czym chce nas podprogowo ostrzec producent?

Przed tym.
Przed czystą trwogą przyczajoną w sałacie.
Przed złem, o którym mówią niezliczone legendy i podania ludowe.

Skład:
Do zagadnienia składu producent podszedł baaardzo zdawkowo: ośmiorniczki, sos pomidorowy, cebula, przyprawy, stabilizator – ani słowa o szatańskim nasieniu i wiecznym potępieniu...

Otwieramy puszkę:
Opakowanie wyposażone jest w wygodne otwarcie, choć po jego użyciu okazuje się, że wcale nie było się do czego spieszyć...
Gdy zamkniemy oczy – łatwo możemy dać się zwieść i uwierzyć, że oto przed nami stoi zwykła konserwa rybna. Zapach bowiem jest bardzo zbliżony: czuć olej, ryby, koncentrat pomidorowy – słowem nic egzotycznego ani, tym bardziej, ezoterycznego (ze wskazaniem na tą piekielną stronę ezoteryki).
Na szczęście (?) dysponujemy zmysłem wzroku, który odkrywa przed nami to, czego ułomny węch nie jest w stanie. Macki. Zatopione w sosie pomidorowym, czekają aż jakiś nieświadomy śmiertelnik uwolni je z ich blaszanego więzienia aby, tak jak w zmurszałej erze u zarania ludzkości, mogły znowu zapanować nad światem...

Przed Wami ośmiorniczki (lub może raczej OŚMIORNICZKI!!!1!) w całej swej głowonożnej chwale.
Puszka zawiera 4 (cztery) gumiaste twory przypominające rekwizyty z jakiegoś filmu science – fiction. Stwierdzamy wyraźny nadmiar macek i dziwnych dysz, a niedobór rzeczy, które uznać by można za jadalne...

Nie jesteśmy przesadnie religijni, ale Jezus Maria! Przysięgamy, że to do nas mrugnęło! Mamy nadzieję, że to płód istoty pozaziemskiej, bo jeśli to coś pochodzi z Ziemi, to oznacza, że Matka Natura jest poważnie skrzywiona, i że należy ją jak najszybciej odizolować w jakimś zamkniętym zakładzie. Ją i jej szatańskie bękarty...

Konsumpcja:
Z krucyfiksem w jednej ręce i z nożem w drugiej, przystąpiliśmy do konsumpcji, choć w tym wypadku bardziej trafnym określeniem byłaby „autopsja”.

Gumiaste kawałki mają ostry, pomidorowy smak. Jest to z pewnością zasługa sosu, w jakim pływają OŚMIORNICZKI; niby powinno nas to cieszyć (biorąc pod uwagę wygląd), ale tak naprawdę tylko nas niepokoi, bo skoro nie smak, to co jest ich tajną bronią masowego rażenia?
Oprócz ostrego sosu wyczuwamy na języku jakieś drobne ziarenka, zapewne oderwane od macek przyssawki.
Choć może się mylimy, może to wcale nie przyssawki, a zarodniki, larwy poszukujące żywiciela...
Może strategia przetrwania tego gatunku polega na zmyleniu ofiary brakiem smaku, tak aby niepostrzeżenie i bez wywoływania odruchów wymiotnych przedostać się do żołądka ofiary, złożyć jaja i zdechnąć...
Czysty horror...

Wnioski:
Jeśli napiszemy, że zjedliśmy to ze smakiem, to skłamiemy, choć szczerze mówiąc, większość wątpliwości wynika z naszej bujnej wyobraźni i kulturowych uwarunkowań, a nie z organoleptycznych wrażeń.

Czekając czy/aż coś zacznie nam się poruszać w żołądku, postanowiliśmy poszerzyć nieco naszą skromną widzę dotyczącą ośmiornic. W końcu, aby móc skutecznie walczyć z wrogiem należy go najpierw poznać.
Jak chce Wikipedia, jedno z ramion samców ośmiornic, zwane hektokotylus, przekształciło się tak, aby służyć do umieszczania spermatoforów w samicy (mamy cichą nadzieję, że w puszce znajdowały się same samiczki, bo myśl o konsumowaniu pindola ośmiornicy niespecjalnie do nas przemawia...).
Kontynuując:
Po zaplemnieniu samice niektórych gatunków mogą przechowywać w sobie pakiety spermy...
OK, chyba jednak zweryfikujemy nasze oczekiwania – mamy nadzieję, że nasze ośmiornice:
a) były samiczkami;
b) ślubowały czystość i nie szlajały się przed śmiercią.

Znaleźliśmy jeszcze wiele innych informacji (dotyczących głównie ostrych dziobów, jadu i gwałtownej śmierci), ale dwie powyższe są, z naszego punktu widzenia, najbardziej niepokojące. Bo o ile truciznę w swoim systemie jesteśmy jeszcze w stanie znieść, o tyle spermę ośmiornicy - już niekoniecznie.
Nawet my, tu w Gastrofazie, mamy swoje granice...

Nie czujemy się najlepiej. Trzymajcie kciuki, żeby nasze obniżone samopoczucie było spowodowane jedynie miażdżącym ciśnieniem wielu atmosfer grozy (taka tam, podwodno-popkulturowa gra słów, haha), a nie pomiotem Szatana inkubującym się w naszym brzuchu.
A my z kolei będziemy cicho się modlić do pogańskich bogów, aby jutro po obudzeniu nie przywitał nas taki widok:

Stawiamy tezę, że poza homo sapiens nie ma we Wszechświecie drugiej istoty, która byłaby tak bezczelna, żeby pakować jeden ze swoich największych koszmarów w puszki i sprzedawać go po 8,50 za sztukę...
Co będzie następne? Smoki?