2007-10-16

Chińszczyzna cz. 1 - Fuczu

Witajcie.
Dzisiejsza odsłona Gastrofazy powstała w koprodukcji z Żyrafą. Przed Wami, prosto z Chińskiej Republiki Ludowej, fuczu, czyli suszone kożuchy z mleka sojowego!
Zapraszamy.


Wygląd opakowania:

Nad Wisłę fuczu dotarło (dotarły?) w zwykłym foliaku, dlatego aby uatrakcyjnić treści, postanowiliśmy uzupełnić kompozycję o mapę. Chiny znajdują się pod reklamówką. Ładnie, prawda?
Oryginalny chiński foliowy worek (zaprojektowany zgodnie ze starą maksymą Konfucjusza mówiącą, że: "Najlepsza informacja to taka, której nie widać, dlatego stawiaj czerwone znaki na tle czerwonym") kryje w sobie kilkadziesiąt suchych patyczków w kolorze kawy z mlekiem:


Wygląd produktu:
Jak widać na zdjęciu, fuczu ma formę suchych, pomarszczonych lasek bez żadnego określonego zapachu ani smaku. Próba polizania nie przyniosła ciekawych efektów, poza ogólnym odczuciem plastikowej gładkości. Plastik - takie są pierwsze wrażenia z obcowania z fuczu. Smakuje jak plastik, pachnie i jak plastik i nawet wydaje podobne dźwięki gdy nim o coś postukać.


Zbliżenie ujawnia włóknistą naturę fuczu, i przypomina nam czym w rzeczywistości jest: zasuszonym kożuchem z mleka sojowego.

Niestety w obecnej formie produkt nie nadaje się do spożycia - z uwagi na wyżej wymienione cechy zalecane jest jego uprzednie spreparowanie.
W tym celu oddajmy go w wykwalifikowane ręce Żyrafy.


Przygotowanie:

Po połamaniu na mniejsze kawałki fuczu wylądowało w garze z wodą w celu zmięknięcia.
Gdyby był to tylko nasz, gastrofazowy, projekt - przygotowanie potrawy na tym by się zakończyło. Poczekalibyśmy aż fuczu wystarczająco zmięknie, po czym zjedlibyśmy je wprost z garnka. Jednak tym razem na gastrofazie gościmy Żyrafę, która udowodni nam, że miejsce kobiety, nawet tak odważnej i wyemancypowanej jak ona sama, jest w kuchni.
Dlatego też, podczas gdy fuczu kruszało w garnku, Żyrafa raźno zabrała się za przygotowanie reszty posiłku, na który miała składać się mieszanka potraw w stylu chińskim.


Kurczak, warzywa, pieczarki - wszystko usmażone tak, aby usunąć zagrożenie wystąpienia witamin i substancji odżywczych. Oto tajemnica sukcesu chińskiej kuchni.
W czasie gdy Żyrafa zajęta była kuchennymi czynnościami (większość z których znamy tylko z nazwy) my czuwaliśmy nad procesem mięknięcia fuczu. Było to zadanie odpowiedzialne i ciężkie, ale podołaliśmy.


Po kilkunastu minutach leżakowania, rozmokłe fuczu zaczęło przypominać nieco wargi sromowe, czym bardzo zyskało w naszych oczach. Niestety zapach nadal pozostawał nieobecny, a nie mieliśmy przy sobie śledzia by jeszcze bardziej urealnić doznania...


Wreszcie nadeszła pora odcedzenia fuczu i podsmażenia go wraz z innymi składnikami na woku.


Konsumpcja:

Powyższa fotografia mówi sama za siebie. O ile fuczu samo w sobie zbyt piękne nie jest, o tyle jako składnik chińskiego dania prezentuje się całkiem nieźle. Podobnie jest ze smakiem. Rozgotowane nie posiada żadnego, ale podane z warzywami, olejem i innymi dodatkami staje się bardzo smacznym daniem.
Gdyby nie pałeczki, które z początku utrudniały nam obcowanie z fuczu i zamieniły obiad w pokaz cyrkowy z żonglowaniem, prestidigitatorstwem i dużą dawką klaunowania, napisalibyśmy, że jest to potrawa stateczna i elegancka. A tak - napiszemy tylko, ostatnio tyle zabawy podczas posiłku mieliśmy w zamierzchłych czasach, gdy każda porcja puree z ziemniaków stawała się wyspą otoczoną ze wszystkich stron przez krokodyle z połówek ogórka konserwowego...


Wnioski:
Fuczu ma wiele twarzy, a każda z nich zależy tylko i wyłącznie od Twojej wyobraźni i inwencji. Jest jak mentalna plastelina dająca się formować wedle woli i uznania; stająca się tym, czym chcesz żeby była, niezależnie od tego czy są to treści pornograficzne czy też smaczny i pożywny posiłek. Czy też, jak w naszym wypadku, i jedno i drugie.
Fakt, że fuczu jest zaschniętym kożuchem z mleka sojowego nie wpływa na doznania konsumującego (chciałoby się powiedzieć "a szkoda"). Równie dobrze mogło by być suszonym niedźwiedzim penisem lub kłączem żeń-szenia - poza nazwą nic nie wskazuje na jego pochodzenie i nic nie wstrzymuje nas przed konsumpcją.

Tak czy inaczej - fuczu to czysta zabawa, prawie tak dobra jak czytanie angielskich tekstów pisanych przez Chińczyków.

Pucca jest słodką córką właściciela chińskiej restauracji...
Jest manią do chińskiego stylowego makaronu.
Jej chłopak to GARU. Jest zawsze goniony przez nią.
Będziesz się spodziewał ich zabawnej historii miłosnej.


Chińczycy rządzą!

2007-08-10

Kurczak w galarecie

Witajcie po rocznej przerwie spowodowanej tylko i wyłącznie naszym lenistwem. Obiecujemy poprawę i w ramach zadośćuczynienia proponujemy Wam, drodzy czytelnicy, swoistą podróż w czasie. Dziś zabierzemy Was w odwiedziny do pramatki dań barowych, miss lad chłodniczych PRL – przed Wami test kurczaka w galarecie Qualita firmy Gaster z Jaśkowic!

Wygląd opakowania:
Przeźroczysty kubeczek jest jak stringi – nic nie ukrywa i nawet nie ma takiego zamiaru. Przeciwnie – ma na celu zachęcić do wizualnej i, w miarę możliwości oralnej, konsumpcji. W odróżnieniu od stringów jednak, opakowanie galaretki z kurczakiem ma również za zadanie utrzymywać swą zawartość wewnątrz, czego o wymienionym wcześniej artykule bieliźnianym powiedzieć się nie da…
Ale porzućmy ekscytujący świat damskiej bielizny i wróćmy do omawiania opakowania testowanego produktu.
Dekielek kubka jest standardowy: nazwa produktu, jego skład, zdjęcie podpisane „propozycja podania” oraz nazwa i adres producenta. Projektant nie miał zbytnich możliwości popuszczenia wodzy fantazji, pozostał więc przy konwencjonalnych rozwiązaniach designerskich, co wyszło na dobre czytelności i jasności przekazu. Jedyna rzecz, która nas zastanowiła, to informacja, że przy zakupie produktu otrzymujemy „Jakość gratis”. Bardzo nas to cieszy, bo Gastrofaza nie może się poszczycić wysokim budżetem i nie ma w zwyczaju płacić dodatkowo za jakość.

Skład:
Zawsze myśleliśmy, że galareta to po prostu… galareta. Galaretka z kurczakiem unaocznia nam jednak jak wielka cechowała nas ignorancja. Otóż w skład omawianego produktu, poza oczywistą żelatyną, wchodzi wyjątkowa mnogość składników, z Trójcą Świętą konserwantów: glutaminianem sodu, sorbinianem potasu i benzoesanem sodu na czele. Oprócz nich, pośród plejady mniej lub bardziej sztucznych składników wybija się stosowany zamiast cukru aspartam, jeden z najniebezpieczniejszych dodatków do żywności, co cieszy nas ogromnie, gdyż kochamy ryzyko, a ryzyko zachorowania na nowotwór w szczególności. Spożycie kurczaka w galarecie firmy Gaster z Jaśkowic daje nam szansę zapadnięcia (wybierając tylko jedną spośród wielu dostępnych możliwości), na przykład, na guza mózgu, a to jest przecież pierwsza liga raka(1). Zaiste – jakość gratis!
W porównaniu z powyższym „mięso drobiowe gotowane 22%” i „warzywa – w różnych proporcjach” brzmi nudno, pospolicie i nie wzbudza emocji w żądnych przygód garmażeryjnych kaskaderach.

Otwieramy opakowanie:
Po zerwaniu wieczka jawi nam się bezbarwna, gładka masa z zatopionymi gdzieś głęboko kawałkami czegoś różowego. Całość wygląda, jak coś co wykasłał gruźlik, ale przecież decydując się na konsumpcję musimy mieć świadomość, że z założenia galareta ma się do estetyki tak jak Agnieszka „Frytka” Frykowska ma się do idealizmu transcendentalnego Kanta.
Z niewiadomych przyczyn pachnie morzem… Czyżby to było nawiązanie do wyraźnie meduziej charakterystyki produktu?

Konsumpcja:
Po wydobyciu produktu na talerz zaczęliśmy się zastanawiać, jak to co mamy przed sobą ma się do „propozycji podania” jaką producent zamieścił na wieczku. Po kilku nieudanych próbach złożenia z kawałków mięsa, groszku, pokrojonej marchewki i fragmentów meduzy czegoś, co choćby z grubsza przypominałoby całego usmażonego kurczaka przybranego kolorowymi warzywami i jajeczkiem, uznaliśmy swoją niższość i zabraliśmy się do konsumpcji produktu w takiej formie w jakiej go zastaliśmy w opakowaniu – czyli jako rozciapanej mieszanki żelatyny, zimnego kurczaka, twardego groszku i rozgotowanej marchewki.
Sama galareta ma kwaśno-słodki smak, przy czym nie należy go mylić ze słodko-kwaśną odmianą chińskiej kuchni. W tym wypadku pomieszanie słodkiego z kwaśnym daje efekt mdły i nijaki (w sumie jest to jeden z nielicznych przypadków, w których wygląd produktu wyraźnie sugeruje jego smak).
Na szczęście inne składniki produktu nadrabiają braki – marchewka smakuje jak marchewka, groszek jak groszek, a kurczak – jakby przed śmiercią karmiono go z popielniczki, lub gdyby zbyt często wymykał się z kurnika na papierosa. Kurczak w galarecie Qualita zdecydowanie nie nadaje się dla osób, które planują lub w są w trakcie rzucania palenia.
Aby tradycji stało się zadość i szanując zasady naszych ojców i dziadów – postanowiliśmy spożyć część galaretki polewając ją octem. Decyzja o tyle zbawienna, że niweluje smak meduzy i kurczaka – nikotynisty. Pod warunkiem oczywiście, że ktoś lubi smak octu, bo tylko on zostaje…

smakuje tak, jak wygląda
Wnioski:
Osobiście nie mamy pojęcia jaki jest cel spożywania galarety (i nie mówimy tu tylko o kurczaku w galarecie Qualita ale o żelatynie ogólnie), ale generacje bywalców barów chyba nie mogą się mylić. Jak Polska Ludowa długa i szeroka, całe zastepy synów chłopa i robotnika przekraczały drzwi klubokawiarni i restauracji już od progu wołając: „lornetę i meduzę pani kierowniczko!”, po czym popychały ciepłą żytnią kawałkami zimnej galarety.

lorneta & meduza

Chyba faktycznie polem specjalizacji żelatyny, jej prawdziwą niszą, był rynek zakąsek barowych – niszą, którą wypełniały szczelnie przez prawie 50 lat. Czasy się jednak zmieniły i mimo wprowadzenia wielu innowacji do składu (vide omówione wyżej chemikalia) oraz marketingowego face-liftingu kurczak w galarecie Qualita, wraz z resztą swych meduzopodobnych pobratymców, pozostaje tym czym jest w rzeczywistości – reliktem z czasów gospodarki planowej, tak jak Fiat 126p, festiwal piosenki w Opolu czy SLD.
Pozwólmy odejść legendom...

Antycypując społeczne oczekiwania i dla poprawienia nastroju prezentujemy zdjęcie damskiej pupy w stringach:



(1) Żeby nie było niedomówień. Aspartam nie jest składnikiem stosowanym wyłącznie przez producenta omawianej dziś galaretki. Ten niebezpieczny dodatek serwowany nam jest codziennie w niezliczonej ilości odsłon z dietetycznymi napojami typu „light” na czele. W sumie nie powinno to dziwić nikogo, bo przecież wszyscy wiemy, jakie wspaniale szczupłe sylwetki mają osoby w terminalnym stadium raka…

2007-02-06

Zapowiedź

W najbliższych dniach na Gastrofazie zamieścimy niesamowity test chińskich zupek. Bądźcie z nami nadal.
Z poważaniem
redakcja Gastrofazy

2006-08-15

Pudding Goblin

Witajcie „semper fidelis” wielbiciele „gastrofazy”. W dzisiejszej odsłonie naszego przewodnika po gastronomii klasy „B”, zajmiemy się kolejnym wyspiarskim klasykiem. Dziś bowiem dajemy Wam pudding o smaku kurczakowo – grzybowym firmy Simpson Ready Foods Ltd. Czy czeka nas kolejna podroż wymiotnym rollercoasterem? Zapraszamy do lektury.

Wygląd opakowania:
Zgrabna żółta puszeczka zwróciła naszą uwagę w sklepie. Wielki plus za postmodernistyczne podejście do projektu opakowania, które wygląda jak duży, żółty czopek doodbytniczy. W sam raz do muzeum sztuki nowoczesnej.
Jako, że na powyższym zdjęciu nie widać skali, informujemy, że całość ma wymiary około 5 cm wysokości na 5 cm średnicy. Gdyby faktycznie był to czopek – jego wielkość byłaby idealna dla konia lub aktorki porno. Wbrew pozorom jednak jest to produkt spożywczy, o czym informuje nas umieszczona na boku opakowania informacja o wartościach odżywczych tej tajemniczej żółtej kopułki.

Skład:
Woda, mąka, kurczak, niesprecyzowany bliżej grzyb, świński tłuszcz oraz mnogość dodatków zapewnią nam pewnie mnogość wrażeń. Szczególnie mocno liczymy tutaj na świński tłuszcz, zwany przez tubylców „lard”. Słownik podaje, że ów lard to tłuszcz ze świńskiego podbrzusza, czyli po naszemu, słonina z okolic zakończeń świńskiego układu wydalniczego. Mniam.

Otwieramy puszkę:
Chwilę nam zajęło wymyślenie jak zabrać się do otwarcia opakowania. Po chwili konfuzji, nasz zmysł techniczny podpowiedział nam aby obrócić konserwę na plecy i dobrać się do niej od dołu. Tak też uczyniliśmy. Po dokonaniu tej czynności, oczom naszym ukazał się widok, jaki oglądać możecie na zdjęciu powyżej. Sos grzybowy. Tak w skrócie opisać można pierwsze wrażenia obcowania z tym puddingiem.
Instrukcja obsługi podaje, że w celu przygotowania, należy wydłubać delikwenta z puszki i posadzić na talerzyku. Oto efekt:

Kremowego koloru twór wygląda jak gipsowa figurka. Choć bardziej na miejscu jest chyba stwierdzenie, że wygląda jak częściowo zużyty już czopek. Tak jakby jego użytkownik wyciągnął go aby pokazać nam jak wygląda. Bardzo nam przykro, ale takie mamy skojarzenia. Całość pachnie mielonką, lub też świńskim tłuszczem, co jak wiemy nauczeni smutnym doświadczeniem, na jedno wychodzi.

Dalsza cześć instrukcji nakazuje przykrycie czopka szklanką i umieszczenie całej konstrukcji w mikrofalówce na parę minut. Jak widzicie po jakości fotografii – ręce drżały nam z napięcia. Podejrzewamy, że szklanka użyta jest aby pudding nie odpełzł gdzieś w trakcie preparacji, bo podczas grzania zaczął z siebie wydawać bardzo poirytowane, bulgoczące dźwięki.

Konsumpcja:
Taki oto widok powitał nas po otwarciu mikrofalówki i usunięciu szklanki. Całość nabrała cielistego koloru i grzybowego zapachu. Oszczędzimy Wam dalszych skojarzeń z czopkami, aczkolwiek nasza wyobraźnia podsunęła nam kilka soczystych porównań.
Pudding „goblin” smakuje jak cienki sos pieczarkowy. Idealny do polania ziemniaków, ale nie do samodzielnego spożycia. Jednak gdyby smak pozostał tylko grzybowy – nie byłoby się czego czepiać. Niestety, oprócz półpłynnego wypełniacza, nasz posiłek składa się jeszcze z gumiastej powłoki. Na początku gruba warstwa wierzchnia dzielnie opierała się próbom naruszenia jej łyżeczką, ale w końcu poddała się. Smaku opisać się nie da.
Nie, serio. To jakby skrzyżowanie krochmalu ze słoniną. Absolutny brak wrażeń smakowych poza dojmującym wrażeniem mdławości. To dziwne uczucie gdy ma się na języku coś, co nie ma smaku. Zdezorientowany mózg na siłę szuka jakichkolwiek odniesień, ale w końcu musi skapitulować. Na podobnej zasadzie nie da się wspinać po wielkiej szybie. Brak jakichkolwiek punktów zaczepienia. Prawdopodobnie dlatego, aby nadać całości jakiegokolwiek charakteru, producent zastosował sos grzybowy. Starczyło go jednak dosłownie na 3 łyżeczki. Reszta produktu smętnie zalegała na talerzu póki nie zniknęła w kuble na śmieci. W ogóle nie poczuliśmy, że coś jedliśmy.

Wnioski:
Hmm. Naprawdę nie wiemy co powiedzieć. Interesujące opakowanie, skrywa w sobie dojmującą nijakość. To jakby karoserię Porsche wykorzystać jako klatkę do hodowania królików. Totalne nieporozumienie. Ludziom, którzy koniecznie chcą doświadczyć uczucia nicości na języku radzimy kupić sobie worek w kleju do tapet. Wyjdzie taniej, na dłużej starczy, a efekt będzie ten sam - pudding.

2006-08-04

Pasnip soup - zupa z rzepy

Dzień dobry wierni fani gastrofazy. Stwierdziliśmy ostatnio, że do tej pory wszystkie nasze testy poświęcone były produktom mniej lub bardziej mięsnym. W związku z tym, dziś w menu ukłon w stronę wegetarian – parsnip soup czyli zupa z białej rzepy.

Wygląd opakowania:
Pucha. A na niej kolorowa etykieta z nazwa produktu i jego zdjęcie. Całkiem przyjemny projekt i wykonanie. Na samej górze obok dumnego herbu widnieje napis, że producent, firma W.A. Baxter and Sons Ltd. został mianowany dostawcą szkockich specjałów na stół królowej. Gratulacje, jednak nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić Elżbiety II wcinającej zupkę z puszki. Jakkolwiek dobra by nie była.
Na dole etykiety stylizowane na ręczny podpis widnieje imię i nazwisko niejakiej Audrey Baxter. „Who the fuck is Audrey Baxter?” chciało by się zapytać. Ciocia, babcia, żona producenta? Nie mamy pojęcia. Może „A” w W.A. Baxter and Sons Ltd. oznacza właśnie ją? Zresztą – co to za różnica? Skończmy łamać sobie głowę nieistotnymi szczegółami i obróćmy puszkę.

Na drugiej stronie wita nas cytat z Audrey Baxter właśnie. Pisze ona, że stosuje ten przepis „aby ożywić nudny dzień. Delikatne, słodkie rzepy, cebula i lekkie przyprawy subtelnie zmieszane ze świeżą śmietaną tworzą tą pyszną i pobudzająca zupę.” No cóż, dzień jest zdecydowanie nudny, spróbujmy zatem ożywić go kuracją cioci Audrey.
A tak przy okazji – zwróciliście uwagę na drobną manipulację dokonaną przez cwaną ciotkę? Wyrazy „Delikatne, słodkie”, „subtelnie”, „świeża”, „pyszna” i „pobudzająca” zostały przez nią wyróżnione nieco inną wielkością, co ma zapewne na celu sprawić, że nasze dłonie same powędrują po tą puszkę. Mądra dziewucha.

Skład:
Rzepa, cebula, marchew... Cóż, mamy nadzieję, że sama zupa będzie bardziej interesująca niż jej skład, bo jedyna ekscytująca rzecz jakiej się dopatrzyliśmy to polifosfaty, czymkolwiek są. Spać się chce od samego czytania…

Otwieramy puszkę:
Biała zawiesina wypełnia puszkę po brzegi. Nie ma na czym zatrzymać wzroku. Jedyne co ożywia monotonny krajobraz to unoszące się tu i tam żółtawe kawałki. Parsnip zapewne.
Zapach dość ostry, pikantny w tonacji warzywnej. Nie mamy pojęcia jak pachnie rzepa, więc przyjmiemy, że to ona. Oprócz tego, w aromacie odnajdujemy jeszcze jakąś odległą sugestię kartoflanki. Zieeew.
Nudy.

Konsumpcja:
Do gara i na ogień. Nie gotować!
Po podaniu zupa wyglądała tak jak na załączonym powyżej obrazku, więc nie zamieszczamy zdjęcia. Poza tym – oczy nam się zamykają, więc nie chce nam się.
Smak zupy z białej rzepy na pewno nie stałby się tematem dla poetów. Dla gastrofazy, na dobrą sprawę, też nie. Słodkawy, lekko pikantny może, ale generalnie mdły i nudny jak ten test. Jeśli Audrey Baxter chciała ożywić nasz dzień, to znacznie dalej zaszłaby z propozycją seksu oralnego, niż z tą recepturą. Wszystkich czytelników płci żeńskiej prosimy o zapamiętanie tej dobrej rady…

Wnioski:
Chrapuchrap, chrapu – chrap, chrrrr…

2006-07-24

Steak and kidney in gravy

Gastrofaza na wygnaniu wita ponownie. Po raz kolejny pochylimy się nad miejscowymi podrobami mięsnymi, które dziś reprezentować będzie puszka Mięsa i cynaderek w sosie (steak and kidney in gravy), firmy John West Foods Ltd. Zapraszamy do jeszcze jednej ekscytującej przejażdżki żywnościowym roller coasterem.

Wygląd opakowania:
Klasyczna puszka. Etykieta również nie wywołuje kontrowersji. Bez polotu ale też nie odstrasza przed zakupem. Ot, forma na służbie treści. Na zdjęciu sugerującym sposób serwowania dania, widzimy soczyste mięsne kawałki i całkiem apetycznie wyglądający sosik.

Druga strona opakowania jest równie czytelna. Informuje nas ona, między innymi, że nie należy doprowadzać produktu do wrzenia, gdyż może mieć to negatywny wpływ na smak produktu. Oki doki, jak mawiają miejscowi. Przyrządzimy danie dokładnie tak jak nam każą. Nie chcielibyśmy aby kuchenna woltyżerka zniekształciła nam wyniki testu.
Inną ciekawą informacją jest fakt, że nasza konserwa wyprodukowana została w słonecznej Brazylii. A zatem za funciaka otrzymujemy puszkę z mięsem oraz szczyptę egzotyki. A trzeba Wam wiedzieć, że nic na nas w gastrofazie nie działa tak, jak egzotyka właśnie. Już nie możemy się doczekać aż dostaniemy się do środka opakowania.
Jedynym śladem marketingowej propagandy, jaką znaleźliśmy na obwolucie, jest slogan „John West selects only the Best”, co w tłumaczeniu na język ludzki, oznacza mniej więcej tyle, że John West wybrał dla nas to co najlepsze. Zwróćcie uwagę na słowo „Best” pisane z dużej litery. Widać, że chłopaki od Janka nie żartują.
Z tym większą niecierpliwością przystępujemy do zbadania składu produktu.

Skład:
Wołowina i wołowe nerki składają się na prawie 80% produktu, a w świecie gastrofazy to, jak Wam wiadomo, bardzo dobry wynik… Reszta to dodatki w stylu soli, przypraw i modyfikowanej skrobi. Nie widać żadnych chemicznych składników, a kolor uzyskano dzięki karmelowi, co również nie jest normą. Noty za skład produktu dajemy wysokie, głównie z uwagi na unikanie chemii. Brawo.

Otwieramy puszkę:
Hmm… Pierwsze wrażenia takie sobie. Brązowa zupa w której zawieszone są kawałki mięsa. Wyczuwamy wyraźny zapach wątróbki. Przypuszczamy, że to cynaderki tak pachną, bo z tego, co pamiętamy ze studenckich czasów gdy żywiliśmy się tego typu daniami po najtańszych barach mlecznych, woń wątróbki i nerek jest podobna. Ten zapach to dla nas podróż w czasie do wypełnionych studentami i żulami (co w sumie na jedno wychodzi), śmierdzących rozgotowanym mięsem i podejrzanymi surówkami lokali. To wycieczka do czasów, gdy liczyło się każdy grosz i kalkulowało gorączkowo czy wystarczy pieniędzy na piwo, gdy kupimy potrawkę z kury i sałatkę z pora, czy też może lepiej zrezygnować z potrawki…
Ale wróćmy do meritum.

Na zbliżeniu widać bardzo niepokojące szczegóły. Konsystencja półprzezroczystej całości jest lekko glutowata. Zawieszone w niej są bladoróżowe kawałki krowy oraz białe kry scalonego tłuszczu (a przynajmniej mamy nadzieję, że to jest tłuszcz). Wygląda to trochę jak jakaś karma dla zwierząt. Chyba lepiej odsunąć się na bezpieczną odległość…

Powyższe zdjęcie przedstawia zawartość puszki tuż po przełożeniu jej do gara. Te białe smugi to nie tynk z sufitu. To wypadło ze środka. Ki czort?
Ale nic to. Trzeba być twardym. Skoro powiedzieliśmy „a”, musimy jechać dalej z naszym gastronomicznym alfabetem. Obyśmy tylko nie zatrzymali się na „p” jak paw, lub „s” jak…
Włączamy palnik i czekamy, co chwilę mieszając i uważając, żeby nie doprowadzić do wrzenia, co jak wiemy może zaszkodzić smakowi. Choć tak naprawdę zaczynamy się zastanawiać czy smak to będzie właściwy wyraz aby opisać wrażenia występujące w trakcie spożycia.
Co ciekawe, w miarę podgrzewania, wątrobiano – nerkowa dominanta w zapachu zniknęła. Po prostu produkt przestał pachnieć! Ale to chyba akurat dobrze, bo gdyby miał mieć taki sam zapach jak wygląd…
Okej – chyba już. Ściągnijmy nasze danie z gazu i przełóżmy na talerz.

Konsumpcja:
Jezusie Nazareński, co to?
Czy to zaginiona broń masowego rażenia, której Bush od 3 lat nie umie znaleźć w Iraku? Może sprytny Saddam przesłał ją do Brazylii, skąd komórki Al Kaidy rażą nią niczego nieświadomą cywilizację Zachodu? Przyczajone konserwy ze śmiercią czekają po cichu na półkach brytyjskich sklepów…
Albo może ktoś wpadł na genialny pomysł sprzedawania pierwotnej zupy w puszkach? „Obserwuj ewolucję życia w warunkach domowych! Po prostu dodaj wodę, odstaw na 3 miliardy lat i czekaj na ponowne nadejście dinozaurów”.
Innego wyjścia nie widzimy. Zwróćcie uwagę, że nawet nasz aparat fotograficzny odmówił współpracy i złapał ostrość na dywan a nie na talerz…
Mimo całej obrzydliwości powyższej sceny i ponurych podejrzeń co do prawdziwego zastosowania zawartości puszki, została nam ona sprzedana jako pożywienie, a skoro tak – nie mamy innego wyjścia. Pora przystąpić do clou programu, czyli konsumpcji.
Przygotowaliśmy wszystko zgodnie z zaleceniami producenta, nie doprowadzając do wrzenia. Mimo to rozgotowana wołowina rozpada się pod zębami jak tuńczyk. Ale to tyle jeśli chodzi o podobieństwa (podobieństwa do tuńczyka. Do wołowiny zresztą też). Gumiaste kawałki cynaderek ślizgają się i piszczą pod zębami. Dziwne uczucie. Ogólnie smak kojarzy nam się z sosem, jakim polewane były ziemniaki na stołówce w naszej szkole podstawowej. O dziwo, nie są to miłe wspomnienia…
Nieprzenikliwie i zbawiennie brunatna maź kryje zapewne przed wzrokiem straszliwe sekrety. Nie bylibyśmy jednak gastrofazą gdybyśmy nie postarali się odsłonić chociaż rąbka mrocznej tajemnicy:

Voila
Otwórzcie oczy, bo nie będziecie mogli doczytać do końca.
Brawo.
Odpowiadając na pytania, które zapewne kołaczą się w Wam po głowach:
- Tak. To są żyły, lub inne tego rodzaju rurki.
- Tak. Naprawdę to zjedliśmy. Do końca. Nie mogliśmy wyrzucić, bo było to nasze jedyne pożywienie.
- Skoro piszemy, to przeżyliśmy. Choć nie poszło łatwo…

Wnioski:
Boże, dalibyśmy wiele za talerz porządnych cynaderek z „Mewy” lub „Duetu”! To tutaj to tylko ich platońskie odbicie, tyle że nie w jaskini, a na ścianie publicznej toalety na ukraińsko-rumuńskim przejściu granicznym Czerniowce – Siret.
Przyznajemy się bez bicia, że konsumpcji dokonaliśmy usiłując z całej siły myśleć o czymś innym i nie patrząc na talerz. Nawet dla nas było to chwilami za dużo. Tym większa w nas duma, że wytrwaliśmy aby móc się z Wami podzielić spostrzeżeniami. Sami sobie przyznajemy niniejszym order z kartofla, który odtąd będziemy nosić z dumą.
Zakupu tej strasznej konserwy dokonaliśmy w „Poundlandzie” – miejscowym, nieco bardziej cywilizowanym odpowiedniku polskich sklepów „Wszystko po 5 złotych”. Jak widać na powyższym przykładzie, jego cywilizowanie jest tylko pozorne, a my radzimy Wam wystrzegać się podobnych „okazji”. My oczywiście dalej będziemy eksplorować dzikie, nie oznakowane tereny taniej i dziwnej gastronomii, choć zaczynamy coraz poważniej myśleć nad wykupieniem sobie ubezpieczenia…
Jak pisaliśmy na początku – omawiany dziś produkt to import z Brazylii. Okazuje się, że Brazylijczycy dokładnie go oznaczyli, jednym słowem podsumowując zawartość. Dokonali tym samym tego, co nam zajęło 1110 wyrazów.

Rękami i nogami podpisujemy się pod powyższa opinią, gdyż zaiste jest to niezły sif.
Na koniec dodajmy, że obcowanie z tym daniem, miało jedna dobrą stronę. Udało nam się wyłonić nowego, niekwestionowanego lidera rankingu gastrofazy. Na pudło z numerem 1 trafia „Steak and kidney in gravy”!
Oklaski.

P.S. – John West to kutas.

2006-07-14

Haggis

Witamy w gastrofazie. Dziś, jak to sobie obiecywaliśmy przed wyjazdem, próbka miejscowej kuchni, lokalny specjał równie charakterystyczny dla Szkocji i istotny dla zrozumienia lokalnej kultury jak kilt, whisky i ohydne kobiety. Przy dźwiękach dud, prosto z dzikich wrzosowisk, wysmagany wiatrem i dyszący żądzą krwi Anglika przybywa do Was haggis – legendarny przywódca klanu mięsnych podrobów!

Wygląd opakowania:
200 gramowa puszka* w elegancką kratę wygląda całkiem zachęcająco. Całość aż krzyczy Scotland, Scotland! Napisy na konserwie informują nas, że mamy do czynienia z produktem tradycyjnym i oryginalnym, choć, tak między nami, nie sądzimy aby ktoś kiedyś wpadł na pomysł podrobienia haggisa…

Na odwrocie dział marketingu firmy Grant’s oznajmia nam, że w trzymanej przez nas konserwie zamknięty jest autentyczny Smak Szkocji. Smak pisany z dużej litery… Ladies and Gentleman z Grant’s Foods Scotland – z całym szacunkiem, ale to my osądzimy, czy Wasz produkt może opisany używając wyrazu smak… Jeśli jest coś, czego w gastrofazie nie lubimy najbardziej (oprócz SPAM Chopped Pork and Ham i Tłuszczowo – Wieprzowej), to jest to nachalna propaganda, usiłująca wmówić nam, że to co jemy, faktycznie nam smakuje i chcemy jeszcze.
Kolejną kwestią jest fakt, że producent, jak i cały kraj, jest dość mocno zakorzeniony w przeszłości, bo na niedużej przecież puszeczce aż 5 razy użył słowa „traditional”.
W takim razie zmierzmy się wreszcie z tą tradycją i sprawdźmy czy w niej zasmakujemy…

Skład:
Przechodzimy do sedna. A sedno w przypadku haggisa wygląda tak, że swą sławę zawdzięcza on prostemu faktowi, że zrobiony jest głównie z owczych płuc. Ale nas to nie odstraszy, pochodzimy przecież z narodu, który wymyślił zupę z kaczej krwi i kartofle bryzgane…
Przy okazji omawiania składu, dodać należy, że taki naprawdę tradycyjny haggis podawany jest na talerzu, wepchany w owczy żołądek – niestety taka wersja nie jest dostępna w sklepach. Może kiedyś uda nam się znaleźć takiego gdzieś w restauracji. Póki co, musi nam wystarczyć konfekcjonowany przemysłowo, ale równie (jak chce producent) tradycyjny haggis z puszki.
Oprócz płuc owczych znajdziemy w puszce kaszę, szkocką wodę (w odróżnieniu zapewne od parszywej angielskiej wody, tfuj, chark, zgiń przepadnij…) a także tajemniczy beef suet. Jako, że wyraz „suet” jest nam nieznany, przeprowadziliśmy dochodzenie i odkryliśmy, że jest to ni mniej, ni więcej, tylko tłuszcz z okolic nerek owcy, krowy etc. Mniam.
A zatem…:

Otwieramy puszkę:
Gładka powierzchnia; zbita i twarda substancja organicznego koloru. To ciemniejsze to zapewne płuca, to jaśniejsze – proso. Te małe, białe plamki na powierzchni, to musi być niechybnie ów tajemniczy „suet”. Nie bez dumy stwierdzamy, że widywaliśmy już bardziej przerażające wnętrza konserw…
No dobra. Skoro zostaliśmy już sobie właściwie przedstawieni, wywabmy haggisa z jego blaszanego domu i odpowiednio spreparujmy. A jeśli wywabianie nie zadziała, jak informuje nas instrukcja, należy otworzyć puszkę z drugiej strony i stosując brutalną siłę fizyczną wypchnąć delikwenta na patelnię. Ay, ay Sire.

Po otwarciu konserwy z drugiej strony, haggis zaprezentował nam swoje mniej cywilizowane, plemienne oblicze. Nie podda się bez walki, to pewne. Ale i my do strachliwych (oraz rozumnych) nie należymy. W końcu nasi przodkowie przegrali co najmniej 7 powstań, pomniejszych zrywów nie licząc, a to do czegoś zobowiązuje. Kobiety i dzieci na wzgórza, mężczyźni za kosy i do boju, kto w Boga wierzy!

Konsumpcja:
Po ciężkich zmaganiach i przy dużych stratach własnych, udało nam się haggisa pokonać i już pokorny, powędrował na patelnię. Jego zaletą jest to, że nie potrzeba dodawać do niego tłuszczu, „suet” bez problemu załatwia sprawę smarowania, szybko osiągając właściwą temperaturę i całkiem nienajgorzej pachnąc. Na opakowaniu zamieszczona jest sugestia, że aby otrzymać prawdziwie szkocki smak, należy do haggisa dodać odrobinę whisky. Nie mamy whisky niestety, choć bardzo nas ciekawi efekt. Może kiedyś jeszcze powtórzymy eksperyment, tym razem zaprawiając potrawę kapką miejscowej gorzały…

Tak sobie patrzymy na powyższy obrazek i prześladuje nas nieznośne uczucie deja vu. Coś nam to przypomina, ale za cholerę nie jesteśmy sobie w stanie przypomnieć co. No nic – może jeszcze przyjdzie nam to do głowy. Póki co – konsumujmy.
Pod zębami chaos. Raz natrafiamy na twarde ziarnko kaszy, innym razem na gąbczasty kawałek płuca. Trudno się w tym wszystkim połapać i skupić na smaku. Smaku, który nie jest wcale taki najgorszy…* Całość jest przyjemnie pieprzna. Bardzo pieprzna nawet…
I nagle przychodzi olśnienie. Kaszanka! To smakuje i wygląda jak nasza kaszanka! Stąd wzięło się owo przejmujące uczucie deja vu. Zarówno smak, jak i wygląd przywołują na myśl dom i grillowaną kaszankę, za którą przepadamy.
Otrzyjmy jednak sentymentalną łezkę i przystąpmy do pisania wniosków.

Wnioski:
Podstawowy wniosek jest taki, że również w gastronomii występuje zjawisko konwergencji* Potrawy nawet z dwóch końców świata, gdy stworzone będą ze składników podobnego pochodzenia (i nie mamy tutaj na myśli tych samych zwierząt, ale raczej podobną myśl przewodnią przyświecającą tym daniom) zbliżone będą do siebie w smaku i wyglądzie. Rzecz trywialna ale warta podkreślenia, w kontekście coraz częstszych wyjazdów naszych rodaków za granicę.
Dzięki temu prostemu odkryciu posiedliśmy klucz do haggisa, który jest tak naprawdę jedynie wariacją na temat klasycznej, środkowoeuropejskiej kaszanki. Mądrali, którzy w tym momencie chcieli by się pokazać i spróbować nas zaszachować stwierdzeniem, że przecież oryginalny haggis podawany jest w owczym żołądku, usadzamy przypomnieniem, że kaszanka podawana jest będąwszy wepchaną uprzednio do zwierzęcych jelit, czyli wszystko, że się tak wyrazimy, zostaje w rodzinie. Również sugestia dodawania whisky nie jest odległa od naszej plebejskiej tradycji spożywania kaszanki pod bimber, denaturat lub tanie wino. Co kraj to obyczaj, jednak struktura pozostaje niezmienna.
Podsumowując – haggisa nie należy się bać, haggis jest bliższy Polakom, niż by się pierwotnie zdawało, a wszystkim, którzy krzywią się na myśl o spożywaniu siekanych baranich płuc przypominamy, że pasjami jedzą zepsutą kapustę, nieświeże ogórki i piją skwaśniałe mleko.
Smacznego.



* Są jeszcze 400 gramowe, ale stchórzyliśmy i wzięliśmy mniejszą.

* Co stwierdzamy niejako z żalem, bo nastawieni byliśmy na prawdziwy festiwal ohydy.

* Jako, że gastrofaza ma za zadanie uczyć i wychowywać, dowiedzcie się przeto i przekażcie rodzinie, że zjawisko konwergencji występuje głównie w przyrodzie np. w przypadku podobieństw anatomicznych ryb i waleni, które mimo, iż nie są ze sobą spokrewnione, zbudowane są podobnie, bo żyją w tym samym środowisku. (Co uwidocznione w polskiej nazwie balneoptera - „wieloryb”). Podobny mechanizm występuje w kulturze, gdzie narzędzia przyjmują kształt najlepiej przystosowany do spełniania założonych dla niego funkcji. Dzięki tej zasadzie kopaczki do ziemniaków w Andach i w Pierdzikowicach Małych pod Włodawą wyglądają bardzo podobnie. Dlatego, gdy magicznym sposobem prosty chłop z Podlasia trafi do państwa Inków w XV w, nie umrze z głodu bo zawsze sobie tych kartofli nakopie… Nieznajomość tego zjawiska prowadzi do wiary w teorie Daenikena i jemu podobnych.



2006-07-05

SPAM, chopped pork and ham

Witamy po dłuższej przerwie.
W pierwszej zamorskiej edycji gastrofazy, przedstawimy absolutny klasyk, jedyną niekwestionowaną ikonę globalizacji, opiewaną w pieśniach Latającego Cyrku Monty Pythona zachodnią wersję swojskiej mielonki. Przed Wami król mięsnego popu – SPAM chopped pork and ham!!! Majtki przez głowę i bajabongo!!!

Wygląd opakowania:
Plaskata, kolorowa konserwa, opatrzona egzotycznymi napisami od razu przyciągnęła nasz wzrok w lokalnym supermarkecie. Estetyka przez duże EST. Nie wiemy czemu, ale ta puszka po prostu nam się podoba. Jest inna niż te, do których przyzwyczailiśmy się w domu. Oprócz tego, gdy byliśmy dziećmi, w ciemnych, zimnych i okrutnych czasach komuny, w podobnych puszkach można było dostać polską szynkę eksportową. Spod lady, po znajomości. Luksus, panie…

Z tyłu puszki – niespodzianka. Przepis jak z zawartości opakowania sporządzić wystawne, jak na nasz gust, danie. Zgodnie z zasadą uprawiania kaskaderstwa gastronomicznego, jaką od jakiegoś czasu się kierujemy, będziemy musieli kiedyś spróbować tego przepisu*. Swoją drogą, zamieszczanie sposobów na wykwintne dania z zastosowaniem swojego produktu to krok, na jaki nie odważył się do tej pory żaden z polskich producentów mielonki, tkwiących w słusznym poniekąd przekonaniu o ogólnej społecznej świadomości klasy ich dzieła. Co ciekawe, podobna świadomość istnieje i tutaj, i podobną również estymą cieszy się SPAM w anglosaskiej kulturze. Nasza australijska znajoma, na wieść, że przez jakiś czas będzie mieszkać pod jednym dachem z konserwą mielonki, ledwo była w stanie stłumić odruch wymiotny. Tym większe brawa za odwagę i bohaterską próbę zamazania nieco opinii o plebejskości swego okrętu flagowego dla jego producenta – firmy Tulip International Ltd*.

Skład:
No proszę. To się nazywa mielonka! Bez obecności mięsa kurcząt, skórek świńskich ani innych podobnych, z wędliniarskiego piekła rodem, składników. 89% wieprza brzmi zachęcająco. I jeszcze 2% szynki! Toż to rozpusta jakaś a nie mielonka! Dobrze, że producent zachował przynajmniej standardową ilość chemicznych dodatków, bo już w ogóle czulibyśmy się jakbyśmy przyszli w gumofilcach do opery…

Otwieramy puszkę:

Producent przewidział chyba, że będziemy otwierać puszkę spoconymi i trzęsącymi się z podniecenia, w obliczu kultowego przecież obiektu, rękami i wyposażył opakowanie w specjalną karbowaną powierzchnię zapobiegającą ślizganiu się palców, ułatwiającą jak najszybsze dostanie się do środka. Dziękujemy w imieniu naszym i wszystkich kompulsywnych mielonkożerców świata.
Przyjrzyjmy się wnętrzu:

Hm. Na pierwszy rzut oka wygląda to całkiem, całkiem. Na drugi i trzeci zresztą też. Stwierdzamy wyraźny deficyt w dziedzinie półprzeźroczystych glutowatych kawałków, do których przyzwyczaiło nas obcowanie z krajowymi mielonkami. Całość jest twarda, zwarta i gotowa byśmy ją pożarli, co też niezwłocznie mamy zamiar uczynić. Jedyną sprawą pozostaje zapach, jako żywo przypominający nam dom i skromne początki gastrofazy… Jest aż za swojski, za mielonkowy niemalże. Ale nic to. Otwieramy paszczę i wprowadzamy do niej kęs SPAMu, uprzednio wygodnie umieszczonego na wcześniej spreparowanej pajdzie miejscowego chleba.

Konsumpcja:
…………………………………………………………………………………………………
Jedyne co możemy w tej chwili powiedzieć, to że chleb jest całkiem niezły. Bo SPAM zdecydowanie nie. Zwiódł nas jego wygląd, zupełnie nie sugerując, że za chwilę na naszych kubkach smakowych dokonana zostanie inscenizacja bitwy pod Legnicą w wykonaniu kwaśno – słonej, szorstkiej na języku, organicznego pochodzenia substancji. Brak nam słów, żeby opisać nasze rozczarowanie! SPAM okazał się być zwykłą podłą mielonką, paskudną i śmierdzącą, zostawiającą na dodatek w ustach nieznośny posmak, którego długo potem nie może zwalczyć nawet czarna kawa… Królestwo za „turystyczną” i jej wieprzowe skórki!

Wnioski:
Wiemy już, czemu SPAM stał się ikoną popkultury, tak często i chętnie wykorzystywaną szczególnie w brytyjskiej i amerykańskiej komedii. „Lovely SPAM, wonderful SPAM…” jak śpiewali komicy z Latającego Cyrku Monty Pythona…
Nie dziwi nas też czemu nazwa tego produktu przeniknęła do świata Internetu jako określenie niechcianych, śmieciowych E-maili: m.in. reklam tanich Rolexów z Chin i metod na wydłużenie penisa. „Zadziw ją swoimi nowymi możliwościami”. A jeśli nie chcesz jej niczym zadziwiać – po prostu podaj swojej wybrance kanapkę ze SPAMem, a potem wykorzystaj od tyłu gdy będzie wymiotować w toalecie…
SPAM to kop w klatę z zaskoczenia, to piękna i seksowna kobieta, z którą przetańczyliśmy cały wieczór całując się przy tym namiętnie, a która dopiero w naszej sypialni okazuje się być włochatym transwestytą. W przypadku Tłuszczowo – Wieprzowej przynajmniej od początku było wiadomo, że idziemy na żywioł, podczas gdy SPAM do końca rżnie głupa i dopiero gdy pada pytanie o wazelinę zaczynamy coś podejrzewać*…



* Dla chętnych wrażeń i ciekawych nowych doświadczeń podajemy tutaj inny przepis, również znaleziony na puszce z mielonką. Jest to sposób na Spamburgera: potnij mielonkę na wzdłuż na plastry i podpiecz je z obu stron aż nabiorą złocisto-brązowego koloru. Podawaj z bułce, wraz z serem, sałatą i dodatkami do smaku. Do smaku… Hmmm. Jeśli się postaracie, Wasz spamburger powinien wyglądać jak na zdjęciu numer 1. Pyszny, świeży i chrupiący. Smacznego.

* Brytyjski Tulip International Ltd. wyprodukował swą mielonkę na licencji duńskiego koncernu Hormel Foods Corporation. Jak widać jakość nie zna granic. A nas inspiruje to do przeprowadzenia śledztwa dotyczącego kręgu kulturowego, z którego faktycznie pochodzi wynalazek mielonki. Tak na wszelki wypadek, gdybyśmy kiedyś dossali się do władzy i nie wiedzieli komu wypowiedzieć wojnę…

* Wszystko metaforycznie, kochani, metaforycznie…